WIERSZE Czesława Markiewicza

Czesław Markiewicz 



Rdzenny zielonogórzanin. Absolwent polonistyki. Dziennikarz radiowy, poeta, prozaik, eseista, krytyk literacki. Publikował m. in.: „Poezja”, „Literatura”, „Odra”, „Nowy Wyraz”, „Borussia”, „Integracje”, „Nowy Medyk”, „Nadodrze” „Topos”, [fo:pa], „Wakat”, „Ślad”, „Red”, „Śląsk”, „Wyspa”, „Fraza”, „Portret”, „Arterie”, „Bliza”. Znaczące antologie: „Poeta jest jak dziecko”, „Spalony raj”. Laureat Lubuskiego Wawrzynu Literackiego (1995, 2020). Nominacja Lubuskiego Wawrzynu Literackiego (2009, 2011). Nominacja Nagrody im. A. K. Waśkiewicza (2022).


Książki:

„Modlitwa oszukanych” – Warszawa 1977. „Pokolenie, które wstępuje” UNIVERISTAS [Wiersze]

„Made in life” – Zielona Góra 1995. Oficyna Wydawnicza AND [Opowiadania] 

„Moja wina” – Warszawa 1998. Wydawnictwo PRZEDŚWIT [Wiersze]

„Rozpoznany moment osobności” – Zielona Góra 2000. Oficyna Wydawnicza AND [Szkice krytyczne]

„Przezroczysty” – Wrocław 2002. Oficyna Wydawnicza ATUT [Powieść]

„Niewinne Miasto” – Poznań 2003. Stowarzyszenie Producentów i Dziennikarzy Radiowych [Powieść]

„Zemsta Fabiana” – Zielona Góra 2004. Stowarzyszenie Dialog-Współpraca-Rozwój [Powieść]

„Ale i tak” – Zielona Góra 2007. Muzeum Ziemi Lubuskiej [Wiersze]

„Majuskuły” Kraków 2009. MINIATURA [Wiersze]

„80. urodziny Marilyn Monroe” – Chełm. 2011. Wydawnictwo TAWA [Wiersze]

„Rozpoznani spośród” – Zielona Góra 1997. Oficyna Wydawnicza AND [Antologia młodej poezji zielonogórskiej. Opracowanie]

„Wierszeje” – Łódź 2018. Dom Literaty. [Wiersze]

"Tropy" – Toruń 2020. Wydawnictwo Marszałek [Wiersze]

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

suplement dzieci

to mógłby być orwell

mógłby mieć siedem lat –  


jest lato. motihari. miejsce narodzin. bengalskie 

wakacje. george nie rozróżnia odcieni 

szarości. na kolonialnej farmie zaprzyjaźnia się 

z rdzennym cielakiem. nie wie że tutaj ciemne 

mięso konsekrują. żywe. nie podejrzewa 

że za oceanem po uboju je konserwują. jest tylko 

dzieckiem. cielak jest dzieckiem –    



patrzą w oczy. nawzajem. jeszcze 

naprzeciwko. george nie wie co widzi 

cielak. on widzi niemożliwą tęczę

wszystkich odcieni błękitu. kalejdoskop szafiru 

lazuru modrego indygo. nie wie że jest 

wizjonerem. gdy cielak trzepie głową widzi 

w jego oczach przewidywalny szafir jezior   

plitwickich lazur côte d'azur modrość 

chełbi bałtyckich –



w porze lunchu posila się flaczkami 

przyrządzonymi przez zamiejscowego 

kucharza. są delikatne jedwabiste. rozpływają się 

w ustach – 



na miejscowej nalepie suszy się 

cielęca głowa. orwell  dorasta 

w okamgnieniu. już wie że jest

wizjonerem. w wyłupionych oczach dostrzega  

wszystkie odcienie szarości. lustrzane odbicie 

człowieczej ślepoty. ludzie to świnie. myśli. chociaż  

one na to nie zasłużyły – 



zniesmaczony olśnieniem zamienia dziecięcą farmę 

na dorosły folwark zwierzęcy. zwraca 

do bengalskiej laguny jakby wracał do 

pordzewiałej anglii;

(Wiersze pochodzą z niewydanej książki 

FREE

ZOO

LOGIA)


*****

po trupach do wazy

 

wszystko zaczyna się od języka 

i kończy na języku – 



czarna swojska polewka. namaszczona 

epicko. w podaniu uświęcona 

symbolem. wieszczy odrzucenie – 



wampiryczna nie odrzuca smakoszy. nie smak

unarodowił zalewajkę. bo to gdzieniegdzie 

bożonarodzeniowa tradycja. nie do wydalenia – 



nikt na świecie nie wie gdzie leży nasze 

gdzieniegdzie. ale wszyscy na świecie 

wiedzą jak może smakować w najbardziej 

używanym języku worst rated soups

in the world. nasza swojska namaszczona 

uświęcona krwista –   



rozgrzeszyć może tylko świecki ból 

śródziemnomorskiego foie gras. z oświeconą

jak najbardziej krwawą tradycją –   



ale smakosze mają to w wielojęzycznej dupie;



*****

polisemia zwierzęca 


był taki raj w którym konie były 

niejadalne. był taki czyściec w którym gęsi  

ratowały imperium – 



są podniebienia którym nie śmierdzi 

konina. są stany w których indyk jest dziękczynnie 

opiekany. są pobliża w których martwe karpie 

prorokują wniebowstąpienie. gdzie duszą niepodległą 

gęsinę. są zapadliny w których bez intencji 

trawią psy. gdzie nikt skądinąd 

nie potrafi rozbebeszyć idiomu psiny – 



ryby gęsi indyki psy i konie najsmaczniejsze 

gdy anonimowe. gdy podmiotowe jak rzymska

gęś wyniesione  w cesarskiej lektyce na forum 

magnum. jak jedyny prezydencki indyk 

z podarowanym życiem – 



jak więc ukatrupić apetyt na koninę 

gdy wpełźnie w wyobraźnię bryzol ze schabów

marszałkowskiej kasztanki. gdy opęta chęć na 

urealnienie psiny beefem wellingtona z polędwiczek    

elżbietańskich corgów muicka i sandy;


*****


polska.małpa.wp.pl


to nie mickiewicz odcina gaz. nie piłsudski wyłącza 

prąd. chopin eksmituje na bruk. to ja zostałem papieżem. ja 

zamordowałem popiełuszkę. podpaliłem 

stodołę w jedwabnem – 


codziennie wylewa ren. błękitna fala przebija wartę. po kropli 

zasila wisłę. rozlewa się po wielkiej polsce. zrównuje z ziemią 

próchno rogalińskich dębów. ocalają tylko korzenie. płożą się 

pod dnem dorzeczy świata. szczytu nie widać 

chociaż giewont ukrzyżowany – 



pociąg polskich kolein zwalnia na wysokości

kątów wrocławskich. zza przybrudzonych szyb ledwie zipią 

tutejsze drzewa. widzę tylko czarne owale 

w koronach. nie odróżniam bocianich gniazd od krzewów 

jemioły. niczego nie wyjaśnia szept gombrowicza 

krzyk herberta. trzymam ich w garści. na końcu 

zaciśniętej pięści języka. w domyśle mojego. bo polskiego – 



*****

dzieci. albo oczko opaczności. albo XXI 


estem nieślubnym wnukiem orwela. zabija mnie
mój wiek. i aleksander wat. ten który chowa
paszport w zepsutej lodówce. przykrywa wstydem
policyjne zdjęcie w dowodzie osobistym. przygarnia
szpaki we włosach – 

dwudziesty pierwszy. i jego fokusy rzucone na próg
domu z wygłodniałą hipoteką. pokój jest
pod wieczór sypialny. bezsenność nie radzi sobie
z słodko-kwaśnym konfucjuszem. wychodzi tylko
mieszanie krwi z potem. wkładanie stóp 
pod prąd w pełzaniu do źródła. dno ma kształt
arki przymierza – 

jestem dzieckiem sokratesa i adolfa hitlera. kamieniem 
otoczonym wodą. z myślami. pokiereszowany
jak owale rakiet średniego zasięgu – 

dwudziesty pierwszy. dzielony z moim wiekiem
na spółkę z mięsem które puchnie ze mną. i we mnie;


*******

inwazja języków 


w moskwie uczą się polskiego – 

na arbacie cisza. milczą
bułat i wysocki. nikt z tej strony bugu nie mówi
o szlachetnej szyi pielewina. przemykamy pod murami
kremla. myśli rzucają bezbarwny cień. biel z opuszczonymi
rękoma. czerwień rani oko. demaskuje nas szelest mowy. czyny
grzęzną we wspólnej wierze. z krzyża wypadają gwoździe;

w moskwie uczą się polskiego – 

będą na wschodzie przesadzać brzozy. żurawie przelecą 
nad miastem. niewidzialne. w pietuszkach 
wszyscy pijani. wienia trzeźwieje na centralnym
w warszawie. jedyny pożądany na gapę. nie wymieni
kopiejek na bilet powrotny. tak tutaj zostanie;

w moskwie uczą się polskiego – 

księżyc świeci nad krasnym placem. po zachodniej stronie
wisły wykopujemy motyki znad potomaku. ziemia kręci się 
tak samo w cerkwi. tak samo w kościele. krew idzie 
z nosa. będzie zbrodnia. będzie kara. bez wojny 
nie ma pokoju. bez lwa tołstoja. my im najpierw spalimy 
moskwę. potem bruno spali nam wszystkie paryże;

śpiewajmy nie umarła kiedy my żyjemy. żeby nie 
wystarczyło nas tylko pozabijać. choćby na końcu języka

bo w moskwie uczą się polskiego – 


******

fuck of the end 


zmartwychwstanie jest zagrożone. gospodarka tego 
nie dźwignie. w niebie recesja w piekle inflacja. albo 
odwrotnie. liczba błogosławionych nie równoważy podaży 
zboczeńców. całkowita absencja chińskich beatyfikacji –   

gramy w oczko. XXI. maria magdalena przychodzi do mnie
co wieczór w sukience basi baczyńskiej. baraszkujemy 
z barabaszem. matka jest czarna. prababki skazane 
na lalę. umieramy w falowcach za gdańsk. zmartwychwstajemy 
awansowani na polaków w oflagowanym tęczowymi penisami 
ursynowie –  

a wystarczyło palić lucky striki pić heinekena jacka danielsa
żeby nocą trupów wytrzeźwieć jako tomki waitsy –  

nie powiodła się ruskim masłowskiej resocjalizacja 
iskarioty. zawiódł system penitencjarny nowego testamentu 
kapitału mein kampf. w parku centralnym tien an men między 
przerwami na reklamę wieszają się john lennon ryszard riedel 
ian curtis i janis joplin. dorota rabczewska odwołuje koncert 
w miednoje – 

językoznawcy z instytutu babel corporation zastępują future
internacjonalnie maryjnym alleluja go again – 

koniec świata jest ok. początek prawdziwych kłopotów;


*****


polsko online 


czym jesteś:

trzynastoma zgłoskami trzydziestosześciometrowym
chrystusem autostradą na zachód wizą na wschód odsieczą
zaborem powstaniem pogromem cudem 

średnią krajową produktem brutto premierą w narodowym
przezroczystą urną pekaesem chwilówką pendolino 

piątką od chanel na galeryjnej mszy najstarszą kobietą 
w osiedlowym oknie zapachem niemytych genitaliów 

ukryta między potopami a zniewolonymi umysłami
przykryta słomą i chińskim asfaltem karmiona gryką
i surową rybą mylącą blog lifestylowy z nowym testamentem 

może zmieniłaś adres i każesz pisać na berdyczów

nie dam ci spokoju choćbym zdychał w glasgow bo mam cię 
od nieproszonego poczęcia na końcu języka

(…)

Komentarze

Popularne posty