Afganistan, Kabul 1979 / Agnieszka Łącka
Łącka Agnieszka
Agnieszka Łącka – pochodząca z Wałbrzycha agronomka, obecnie mieszkanka Wrocławia, gdzie jest pracownikiem Katedry Genetyki, Hodowli Roślin i Nasiennictwa na Uniwersytecie Przyrodniczym. Zdobywczyni pierwszego miejsca w V Międzynarodowym Konkursie Literackim im. Siegfrieda Lenza. Ma dwóch synów
*** ** *** **
Był tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty dziewiąty, maj. My, chłopaki, rozkoszowaliśmy się ciepłym wieczorem, jeszcze na wolności. Trzymając w objęciach Tanieczkę, nie bałem się. Cieszyłem, że mogę zrobić coś, co ma znaczenie, a przy okazji zarobić. Nie chciała mnie puścić, przekonywała przed snem i po obudzeniu, że ona zapłaci, komu trzeba, i nie będę musiał jechać. Prosiła. Nie rozumiała, że ja musiałem. Przytuliła się do mnie mocniej i płacząc powiedziała, że jest w ciąży.
Chłopaki krzyczały do toastu, a ja, ze szczęścia i z niedowierzania, popłakałem się. Przyrzekłem, że będę unikał kul, że żadna mnie nie znajdzie i gdy tylko będzie na to szansa, ukryję się w okopach i przeczekam, a gdybym nie mógł skryć się i przeczekać, to wtedy będę czujny i gotowy na obronę oraz atak. Wrócę.
Podszedł do nas miczman i nakazał kierować się do autobusów. Usta Tanieczki były ciepłe i wilgotne, czułem się tak, jakbym pierwszy raz ją całował. Później w autobusie chłopaki puściły kolejkę samogonu, śpiewaliśmy piosenki, przekrzykiwaliśmy się, skąd kto pochodził i co robił w życiu, a później wszyscy posnęli. Wtedy, kiedy już zamykałem powieki, ale jeszcze patrzyłem w ciemność za oknem, z której przenikały drobne plamy światła z oddali, przypominałem sobie moją Tanieczkę. Wpatrywałem się w jej przymknięte powieki, dotykałem jej, jak zwykłem dotykać, wyobrażałem sobie nasze spotkanie, wracałem, tęskniłem. Myślałem o przebytych drogach, które sprowadziły mnie do niej, planowałem nasze wspólne życie i – nie mogąc wiedzieć tego wtedy pośród śpiących żołdaków, pośrodku głuchej nocy w autobusie, który wiózł nas w nieznane nam miejsce – wtedy po raz ostatni byłem młody. Zasypiając, śniłem o znajomych polach, a pośród nich patrzyli na mnie mamuszka, papa i nawet gieroj Łysenko, w odbiciu ich oczu byłem ja, śpiący, daleko od domu. Spałem niespokojnie, ściskało mnie w gardle. Kiedy się przebudziłem, patrzył na mnie niebieskimi oczami spod czarnych, gęstych rzęs jakiś chłopak. Przedstawił się jako Fiodor. Zadawał mi pytania, a ja na nie odpowiadałem jak dziecko i rzucałem faktami z mojego życia. On sam nie czekał na pytania, tylko opowiadał o sobie. Miał dziewczynę w Moskwie, do niej aż spod Krasnojarska przyjechał. Pracował w stacji radarowej i mówił, że na skutek tej pracy będzie niemy jak trup. To nie pytałem. Powiedział, że raz tylko mu się zachciało pojechać na wycieczkę do Nowosybirska. Tam dziewczynę poznał, Wala miała na imię. Mówił że tak się zakochał że kilka dni jeść nie mógł. Tyle czasu za dziewczyną chodził, że się zgodziła na spacer poprowadzić. Powiedział mi i wyraźnie powtórzył ciszej, że to była opatrzność Boża.
Później apetytu dostał i z tej radości długo Walentynę całował, a że postawny był z niego chłop, to i się dziewczyna zadurzyła. Pojechał do niej i tam został. Wcześniej jednak musiał się nagimnastykować w robocie, bo, jak mówił, nie po to go wyszkolili, by teraz dureń szukał pracy gdzie indziej. Tak było – to praca wybierała człowieka, ale też kraj nasz duży, miał do zaoferowania miejsca w zakładach w każdej strefie klimatycznej. Fiodorowi początkowo robiono problemy z przeniesieniem, ale w końcu nawet dyrektor pomachał mu na odchodne, wzruszony – bo na miłość nie poradzisz zbyt wiele, jak ciebie znajdzie.
Mówił, że w Moskwie wszystko inne było: na górze po carsku, na dole w nędzy. Tam, skąd pochodził, z Krasnojarska, bieda była rozłożona symetrycznie i sprawiedliwie. Ciężko było mu robotę znaleźć ze swoimi papierami i nawet rozmyślał, żeby powrócić do Krasnojarska. Może by Wala pretensji nie miała, zrozumiałaby, myślał wtedy Fiodor, ale bał się zapytać. Wala była spokojna, wytrwale znosiła jego wędrówki za pracą, a kiedy wracał, znowu nic nie znalazłszy, kładła jego głowę na swoich kolanach i tak masowała, że już Fiodora nie ugniatało w środku.
Z czasem na świat nauczył się inaczej patrzeć, od nowa. Wala nauczyła go modlić się, mówił, że to było tak, jakby się na nowo narodził. Spokój jakiś w nim zagościł i pierwszy raz w swoim życiu mógł podporządkować swoje życie woli Pana, do którego zaczął się modlić. Mówił do mnie na granicy szeptu, żebym się tego nauczył, to się wręcz człowiekowi należy za życia, by nie musieć rozmyślać o swoim przeznaczeniu. Bóg sprowadził go na łono Wali, którą tak ukochał, że z tej miłości w ciążę zaszła.
Wtedy ja o Bogu słuchać nie chciałem, nie były mi potrzebne jego drogowskazy, ale też nie chciałem mu Boga z głowy wybijać. Swoje powiedziałem, że na przykład nasz kraj nie musi obiecywać raju, skoro samemu można sobie jakiś znaleźć.
Mówił, że wiele nie rozumiem i że to jest wiedza starsza niż nasz kraj, i że jak Boga do swojego serca wpuszczę, to on w nim zamieszka, a ja spokój odnajdę. No jak mógłby Bóg wszechwielki w moim sercu zagościć? Nie ma o czym mówić. Polubiłem jednak Fiodora bardzo, bo pomimo jego Boga patrzył na świat podobnie jak ja: z zachwytem i trwogą jednocześnie. Trochę jeździł do Kijowa do pracy, łapał się różnych zleceń, ale podobnie jak u mnie coś zawsze poszło nie po jego myśli. W końcu wymyślił plan na odkucie się i wyjście z krachu: wojnę. Napisał z Kijowa do swojej Wali, że to będzie najlepszy sposób, by zarobić na początek.
I tym sposobem obaj znaleźliśmy się w tym samym miejscu. Byliśmy młodzi, chciało się nam życie układać od nowa. Przyrzekliśmy sobie, że drug druga będzie krył, o ile się oczywiście do jednej kampanii załapiemy. Tak poznałem mojego najlepszego przyjaciela, brata.
Na dźwięk komendy poderwałem się zaspany z miejsca w autobusie, waląc głową w półkę, bo myślałem, że do nas strzelają. Zatrzymaliśmy się w koszarach niedaleko lotniska w Moskwie. Nasz miczman kazał nam udać się na badanie lekarskie do dwupiętrowego budynku. Później jakiś młodzik zaprowadził nas do innego budynku i pozwolił wybrać pryczę. Moja była u góry, na dole położył się Fiodor. Po dwóch dniach kazali spakować rzeczy i jechaliśmy dalej, pociągiem do Taszkientu, później do Fergany, gdzie mieliśmy odbyć szkolenie. Na pożegnanie miczman powiedział:
– Vy malen'kijye khuligany. My sdelayem iz tebya nastoyashchego mudaka.
Kiedy pociąg zatrzymywał się na stacjach – a na przykład przez taki Kazachstan jadąc, traciło się poczucie czasu – budziły nas głosy kobiet sprzedających lepioszki . Chłopaki wołały za nimi, by chociaż dały na siebie chwilę popatrzeć, odsłoniły głowy schowane pod chustami, ale one ukrywały swoje spojrzenia, co jeszcze bardziej chłopaków pociągało.
Każdy był ciekawy, jak one wyglądają, takie inne niż nasze, jasnowłose. Kiedy jednak podchodziły do nas, by nam chlebki sprzedać, to też zaglądały spod czarnych rzęs. Jeden to nawet ściągnął koszulkę, naprężył mięśnie na bicepsie, pocałował go w geście samozadowolenia i krzyknął:
– Wy nie najdjete takich gierojew!
Wtedy chłopaki to były krasiwe gieroje w tielniaszkach.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, zobaczyłem ośnieżone szczyty i zdziwiłem się, bo czekałem na skwar. Ale jak wysiedliśmy, to był ukrop nie do zniesienia. Staliśmy chwilę, aby sformować oddział. Dostrzegliśmy dziewczyny, piękne, z zaplecionymi ciemnymi włosami, trochę skośnookie, ale nie jak typowe czurki. W jednostce medycy nas przebadali, ogolono nam głowy, dostaliśmy ubrania i poszliśmy na stołówkę, gdzie czekała zupa z cebuli i kapusty oraz kasza. Byliśmy głodni, ale ja i tak z trudem przełykałem. Odgłosy dochodzące z głębi kuchni na chwilę zabrały mnie z powrotem do domu i pierwszy raz zadałem sobie pytanie, czy dobrze zrobiłem, zaciągając się do wojska. Fiodor pomodlił się przed zjedzeniem: zrobił to bardzo szybko, jakby się wstydził, a może po prostu nie chciał na siebie uwagi zwracać. Może zastanawiał się – tak jak ja – nad swoim losem, tyle że on swoje wątpliwości powierzał Bogu, a ja byłem sam. Wróciliśmy do namiotu, chłopaki piły i śmiały się na rychłą przygodę, było sympatycznie, dopóki w drzwiach nie pojawił się jegomość z podwiniętym wąsem i włosami nażelowanymi jak w filmie. Wiktor Pawłowicz Popow. Stanął z groźną miną, zapowiedział, że jest naszym sierżantem i dodał:
– Wy budjetie molit’sja nesuszczestwujuszczemu Bogu, sztoby tot bystro was ubil. Da. Wstawajtie, szljuki. Wnimanije! Srawnite, szljuki! Laj, sabaki!
Krzyczał, że zdechniemy z bólu, głodu i sraczki. Od tego słuchania rozbolał mnie brzuch jak diabli. Zaprowadzili mnie do medyków i tam dali mi do picia słoną wodę, po której zwymiotowałem, stojąc jeszcze w szpitalu. Nasz sierżant podszedł do mnie i kazał biegać wokół koszar. Nie dałem rady, po dwóch okrążeniach zwaliłem się na ziemię i zwymiotowałem raz jeszcze. Słońce grzało z wysoka, nie mogłem dojrzeć jego twarzy, ale chyba wtedy sierżant uśmiechnął się i powiedział, żebym już nie pierdolił, tylko wracał do siebie, bo od jutra rana to nas wypierdoli na księżyc. Wróciłem do koszar i tam później chłopaki opowiedziały mi, jakim ciekawym człowiekiem był nasz sierżant. Mówili, że oprócz daru wymyślania kar, które stosował na żołdakach z czystej ojcowskiej troski, był prawdziwym amantem, lubił opowiadać historie miłosne, jakie przeżył na przestrzeni lat. Podobno miał kilka kobiet na boku i kilkanaścioro dzieci, bo, jak się sam chwalił, był płodny jak skurwysyn, i że właśnie dzięki takim gierojom Rosja nie ma się czego wstydzić. Kiedy pojawiała się w pobliżu sierżanta kobieta, ten momentalnie stroszył się jak kogut, poprawiał włosy i całując ją rękę, mówił:
– Madmłazel.
Co rano sierżant Popow budził nas i wyganiał na zewnątrz w samych gaciach, gdzie kazał nam robić godzinną rozgrzewkę. Później biegliśmy na śniadanie, a po nim znowu wybiegaliśmy na zewnątrz i biegliśmy cztery kilometry w maskach przeciwgazowych. Proces hartowania przebiegał prawidłowo, poziom trudności wzrastał. Nie chodziło tylko o wytrzymałość fizyczną – przede wszystkim mieliśmy stać się bezwarunkowo poddani i wiedzieć, co się może z nami stać, gdyby naszła nas ochota na dezercję. Biegaliśmy i rzygaliśmy, kiedy udało się szybko ściągnąć maski. W południe było ze czterdzieści kilka stopni. Wspominałem Tanieczkę, kiedy prosiła, żebym się nie zaciągał, żebym z nią został.
Krzyczał, że zdechniemy z bólu, głodu i sraczki. Od tego słuchania rozbolał mnie brzuch jak diabli. Zaprowadzili mnie do medyków i tam dali mi do picia słoną wodę, po której zwymiotowałem, stojąc jeszcze w szpitalu. Nasz sierżant podszedł do mnie i kazał biegać wokół koszar. Nie dałem rady, po dwóch okrążeniach zwaliłem się na ziemię i zwymiotowałem raz jeszcze. Słońce grzało z wysoka, nie mogłem dojrzeć jego twarzy, ale chyba wtedy sierżant uśmiechnął się i powiedział, żebym już nie pierdolił, tylko wracał do siebie, bo od jutra rana to nas wypierdoli na księżyc. Wróciłem do koszar i tam później chłopaki opowiedziały mi, jakim ciekawym człowiekiem był nasz sierżant. Mówili, że oprócz daru wymyślania kar, które stosował na żołdakach z czystej ojcowskiej troski, był prawdziwym amantem, lubił opowiadać historie miłosne, jakie przeżył na przestrzeni lat. Podobno miał kilka kobiet na boku i kilkanaścioro dzieci, bo, jak się sam chwalił, był płodny jak skurwysyn, i że właśnie dzięki takim gierojom Rosja nie ma się czego wstydzić. Kiedy pojawiała się w pobliżu sierżanta kobieta, ten momentalnie stroszył się jak kogut, poprawiał włosy i całując ją rękę, mówił:
– Madmłazel.
Co rano sierżant Popow budził nas i wyganiał na zewnątrz w samych gaciach, gdzie kazał nam robić godzinną rozgrzewkę. Później biegliśmy na śniadanie, a po nim znowu wybiegaliśmy na zewnątrz i biegliśmy cztery kilometry w maskach przeciwgazowych. Proces hartowania przebiegał prawidłowo, poziom trudności wzrastał. Nie chodziło tylko o wytrzymałość fizyczną – przede wszystkim mieliśmy stać się bezwarunkowo poddani i wiedzieć, co się może z nami stać, gdyby naszła nas ochota na dezercję. Biegaliśmy i rzygaliśmy, kiedy udało się szybko ściągnąć maski. W południe było ze czterdzieści kilka stopni. Wspominałem Tanieczkę, kiedy prosiła, żebym się nie zaciągał, żebym z nią został.
Dwa dni później dostałem automat AKS-74, sto dwadzieścia nabojów, parę spadochronów i bagnet. Czyściliśmy broń, składaliśmy na czas spadochrony, biegaliśmy w maskach, w majtkach, na boso. W końcu pojawił się w nas żołnierski dryg, reagowaliśmy na bodźce, byliśmy jak drapieżne ptaki, potrafiliśmy schować strach gdzieś bardzo głęboko. Pierwszy skok ze spadochronem powykręcał mi trzewia z nerwów, gdy zapaliła się czerwona lampka, instruktor krzyknął: – Paszoł!, a później zmotywował mnie kopniakiem w plecy. Jak już znalazłem się w powietrzu, zapomniałem o strachu – przepełniła mnie radość. Spadając przez chmurę, poczułem na twarzy wilgoć i chłód. Podobały mi się ćwiczenia z bronią, skakać też polubiłem i nawet sierżant mi się wydawał milutki jak baranek. Przychodziły jednak noce i wtedy byłem chory z samotności. Nie mogłem złapać powietrza, chociaż nie dokuczała mi choroba. Bolało mnie ciało i jakkolwiek się ułożyłem, wszędzie mnie uwierało. Nadsłuchiwałem w ciszy dźwięków: mysich truchtów po sali i szelestu owadzich skrzydeł. Najczęściej jednak wstawałem z łóżka, najciszej jak mogłem, stawiałem kroki, szedłem do okna i tam wpatrywałem się w dalekie wzgórza, próbując sięgnąć wzrokiem do dalekich stron, do których tęskniłem. Później wracałem do łóżka, w myślach przytulałem się do Tanieczki i przy niej zasypiałem.
Było przed jesienią, kiedy wylądowaliśmy w Kabulu. Mieliśmy czekać w samolocie i na znak sturlać się na płytę lotniska, a potem w pełnej gotowości biec za dowódcą i co najważniejsze: strzelać, jak do nas ktoś będzie strzelał. Zastaliśmy ciszę. Nasza anuszka żegnała nas, jakby chciała, żeby ją w dupę pocałować. Staliśmy pośród jałowej ziemi, o wiele za daleko od domów. To było – jak później mówili – najgorsze miejsce w Sojuzie.
Zajęliśmy pozycję bojową między pagórkami, schowani mieliśmy doczekać rana. Był ze mną Fiodor i jeszcze dwóch chłopaków. Rankiem przywitaliśmy się z naszym sierżantem. Nazywał się Iwan Bondar, był drobnej postury, miał lekki wąs, a jego oczy pochłaniały jak ciemna jama. Patrząc na niego, zdawało się, że ciało należy do dziecka, jakby po prostu mu ktoś obce ciało do głowy przymocował. Powiedział, że jest z nami starszy strzelec i moździerzowy i że może być tak, że na spokojnie nam wszystko opowiedzą, a może być tak, że nie. Zrobiliśmy czaju, a później sierżant Bondar powiedział, że jak już go wypijemy, to zaprasza do kopania transzei. Był to kulturalny człowiek, a dziadki powiedzieli nam, że to nie był taki zwykły sierżant. Był oczytany i miał rozległą wiedzę historyczną i geograficzną. Jego ojciec był zasłużonym oficerem i walczył pod Stalingradem, nawet pisano o nim w książkach. Dziadki mówili, że Iwan chciał być jak swój ojciec, ale coś mu nie wychodziło. Może to przez ten wzrost, a może za sprawą innych cech. Wszystkie ważne bitwy odbywały się bez niego, zawsze zjawiał się za wcześnie albo za późno. Był podobno z tego powodu bardzo rozczarowany swoim życiem i kiedy nachodziła go melancholia, to czytał strategie wojenne. Znał się na geografii, potrafił czytać chmury, więc zawsze nam się pogoda sprawdzała. Mówił swoim żołnierzom, że w człowieku oprócz oczywistych procesów biochemicznych zachodzą takie inne, niedostrzegalne gołym okiem, a które można otworzyć za pomocą wierszy, dlatego czytał nam wiersz:
Rozwijajcie się w marszu!
W gadaniach robimy pauzę.
Ciszej tam, mówcy!
Dzisiaj
ma głos
towarzysz Mauzer.
Dosyć już żyliśmy w glorii
praw, które dał Adam i Ewa:
Zajeździmy kobyłę historii!
Lewa!
Lewa!
Lewa!
Znaliśmy wiersze na pamięć, co sierżanta cieszyło, że nam wiedzę przekazał. Ryliśmy transzeje, słuchaliśmy wierszy i czekaliśmy na atak. Nic się jednak nie działo, raz dziennie robiliśmy przejazd kolumną dookoła okolicy i wracaliśmy. Przyszła wiosna, ocieplało się, wszędzie słychać było śpiewające ptactwo i rozlewały się czerwienią kwitnące maki. Pozwolono mi wysłać list do Tanieczki. Pisałem jej o tęsknocie i wspominałem wspólne chwile. Nie wspominałem o tym, że spaliśmy w ubraniu, że buty ściągałem co czwartą noc; zupełnie niepotrzebnie by ona rozmyślała, jakim wielkim błędem była ta moja decyzja. Po kilku dniach przenosiliśmy się dalej na inne zbocze, około pięciu kilometrów dalej – i tak co rusz. Nocami zdarzało się wracać na spanie lub zostawaliśmy na miejscu do rana. Miałem wrażenie, że pojechałem na wojnę kopać, a nie strzelać. Do czasu.
Nie pamiętam, skąd zaczęli strzelać. Schowałem głowę pod ręce i wciskałem ciałem do ziemi. Słyszałem komendy naszego sierżanta, żeby zacząć odpowiadać na atak, ale wtedy moje ciało nie dało się poruszyć, zastygłem. Strzały ustały. Podniosłem powoli głowę i szukałem w ciemności nocy znaków, że mogę już się podnieść. Nawoływaliśmy jeden drugiego, uspokoił mnie głos Fiodora. Nie usnąłem do rana – ze strachu i z zimna. Słońce wzeszło nagle. Pomimo zmęczenia chciałem jak najszybciej zobaczyć, co się wokoło dzieje. To, że jeden z naszych dostał, wiedziałem, ale że i dwóch kolejnych – nie.
Zaczęliśmy od nowa kopanie rowów, ale było ciężko, bo wiał wiatr i nawiewał ogromne ilości piachu, że ledwośmy coś widzieli. Pomyślałem: „Czy tak miała wojna wyglądać? Czy my czasem nie pojechaliśmy na kampanię karną?". Niby karabin miałem, ale przez odciski, które powstały od kopania, nie miałem siły trzymać go w ręce.
Wróciliśmy do jednostki, już najedzony i wyspany napisałem do Tanieczki, ale jak to bywało i wcześniej, najpierw musiałem pokazać list, czy czasem nie za dużo się skarżę. W jednym z namiotów siedział oficer polityczny i zapisywał w zeszycie, czyśmy się zapoznali z paragrafami. Kazał nam je później podpisywać, listy też sprawdzał. Nie mogliśmy pisać do domu, że jesteśmy w Afganistanie na wojnie. Oficjalnie byliśmy na szkoleniu. Nie mogliśmy też rozmawiać z obcymi, palić haszyszu ani kraść. Mówił mi jeden, że jak temu oficerowi podpadniesz, to tak cię upierdoli, że i po powrocie będziesz mieć problemy.
Tamtej nocy też strzelali, ale my już byliśmy bardziej zahartowani, żaden z nas nie dostał. Następnego ranka przyszli czurki z innego plutonu i powiedzieli, że jak chcemy
zobaczyć martwych duszmanów, to możemy z nimi iść. Mieliśmy zabrać broń i przeszukać zwłoki, ale było ciężko. Opuściłem automat i obmacywałem kieszenie. Strasznie się
namęczyliśmy, bo zwłoki były już sztywne, a jeden, który już nie raz broń ściągał, powiedział, że małpy przydatne są po dwóch dniach. Powiedział też, że jak chcę zobaczyć coś ciekawego, to następnym razem muszę się jego trzymać. Patrzyłem na trupy i wstydziłem się, że nie potrafiłem oderwać od nich wzroku; zahipnotyzował mnie widok martwych ciał, nie było mi ich żal. Wieczorem zapytałem czurka, co może być ciekawego w umarlakach i usłyszałem, że jak się złapie odpowiedni moment, to widać, jak pozbawione ciepłej krwi wszy opuszczają swoich żywicieli.
– Jak się odpowiednio nachylisz i przy odpowiednim kątem popatrzysz, to masz wrażenie, jakby te ciała jeszcze się ruszały. Jak w tańcu – mówił.
Za dwa dni też żeśmy przeszukali duszmanów. Nasz sierżant Iwan mówił, żebyśmy czujni byli, bo może być różnie. Opowiadał, jak go kiedyś grupka chłopaków napadła,
skopali, rozebrali i pobiegli. Później ich ciała znaleziono w zapadlisku. Nie wie, kto mógłby ich uśmiercić, ale może i tak lepiej się stało.
– Zacięte to było już od młodego, nic dobrego z tego nie będzie, takie trzeba w zarodku… – powiedział.
Tydzień później przyjechał jegomość w czystych ubraniach i powiedział, że wszystkich nas pojebało i mamy szykować się do Heratu. Byliśmy głodni, zmęczeni, zawszeni. Klęliśmy na takie życie, czuliśmy się gorzej niż świnie, karmili nas tak samo.
Popatrzyłem na Fiodora. Modlił się, poznawałem po ruchu ust. Złość i bezradność wypełniały moją głowę; wtedy już wiedziałem, że nawet jak wrócę do domu, do mojej Tanieczki, do
końca zostanie we mnie widok pyłu czerwonego od krwi jak te maki.
Jechaliśmy cztery dni. Coraz bardziej odzwyczajałem się od swojego ciała; nie ja patrzyłem, tylko oczy, które nie były moimi oczami, już nie należały do mnie, tak jak nie należało ciało z bijącym sercem. Zdawało mi się obce, tak jak obce były dłonie, które trzymały broń lub ściągały ją z pofragmentowanego ciała, zwanego ciałem wroga.
Ciało wroga było ciałem obcym, ale jakoś i moje było mi obce. Patrzyłem nie moimi oczami na pola uprawne, które kiedyś pokryte zieleniącą się pszenicą, teraz stały się brunatnym ugorem. W dołach leżały fragmenty ubrań dzieci, które w chwili śmierci łapały malutkimi rączkami motylki, nazywane przez producenta minami PFM-1. Nie patrzyłem moimi oczami, a jednak te nie moje oczy kazały mi patrzeć. Kiedy spałem, miałem wrażenie, że wcale nie śpię. Wychodziłem wtedy z obcego ciała, które było kiedyś moim, czułem współczucie i lęk, najczęściej jednak obrzydzenie wobec niego.
Zamieszkaliśmy w budynku, w którym wcześniej znajdował się harem. Nasi poprzednicy zarekwirowali go, nie mówiąc o tym dowódcy, gospodarz dostał w łeb, a dziewczyny trzymane były przez kilka dni, aż jedna uciekła i jakoś dostała się do sierżanta. Tamtych skazano, kilku trzymano w wykopanych jamach i czekali na proces. Trzech zdezerterowało tylko po to, by władować sobie kulkę w łeb. My znaleźliśmy się właśnie na ich miejscu, dostaliśmy łóżka, na których spali i robili te rzeczy. Było wygodnie i prawie jak w domu, ale nie mogłem spać, nie byłem już w stanie zasnąć. Z wycieńczenia udawało mi się zamknąć oczy, potem chodziłem jak ten zombie. Kiedy było za gorąco, spotykaliśmy się w patio. Znajdowała się tam studnia, z której czerpaliśmy wodę, ściągaliśmy buty i moczyliśmy stopy, wciąż krwawiące i pokryte bliznami. Czasami zasypialiśmy, jak było zbyt gorąco.



.jpeg)
.jpeg)

.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz