Klęczar i RENTIER
WOJCIECH KLĘCZAR
OPOWIADANIE: RENTIER
[po południu]
1
Na przykład przedwczoraj, a może już wczoraj. Twarz ma raczej ładną, z tych nie pięknych, ale powyżej przeciętnej, podobna jest trochę do takiej jednej aktorki, z filmu Warszawa, nie mogę sobie przypomnieć nazwiska, w każdym razie wygląda całkiem w porządku, nie zniechęca mnie nawet te sześć kolczyków w lewym uchu (o ile dobrze policzyłem), tym uchu, w które właśnie intensywnie się wpatruję, kiedy ona, odwracając się ku mnie i ukazując kształtne bardzo i niezwykle białe zęby, zadaje to pytanie: czym się zajmujesz?
Mogłem, rzecz jasna, coś ściemnić, wyobraźnię mam bogatą. Powiedziałem jednak prawdę – że ogólnie to niczym. Bo nie muszę. I do innego poszła. Jak zwykle.
A ja naprawdę nic robić nie muszę. Moja babcia, której byłem ukochanym wnusiem, kilka lat temu w spadku zostawiła mi mieszkanie. Trzy wielkie pokoje, w centrum, w starej kamienicy. Od tamtej pory żyję z wynajmu. Rentier to najlepszy zawód na świecie. Pracujesz jakieś pół godziny w miesiącu, a dochód masz wyższy niż większość Polaków. Teraz na tych prawie stu metrach kwadratowych mieszka pięcioro studentów. Trzech singli i parka. Chyba sporo imprezują. Na razie dbają o mieszkanie, więc niech sobie robią w nim, co chcą. Raz mnie nawet zaprosili na jakieś party, przez Facebooka zaproszenie wysłali, impreza w stylu lat siedemdziesiątych, się przebierać trzeba było. Nie przepadam za takimi eventami, nie poszedłem.
2
Pora wyjść. Trasa od dawna taka sama. Mógłbym korzystać z tramwaju, ale chodzę na piechotę – dla zdrowia. Najpierw kawałek alei Pokoju, dalej Grzegórzecką, potem należy skręcić w lewo, przejść na skróty przez osiedle, do ulicy, po której prawej stronie klasa średnia walczy z piwnymi brzuchami, grając w tenisa, po chwili po lewej zabytkowy cmentarz, tuż za nim wiadukt kolejowy, też zabytek. Gdy pod tym wiaduktem przejdę, po prawej zobaczę klub, chyba dla ryczących czterdziestek i pięćdziesiątek – tak sądzę, nigdy w nim nie byłem. I już prawie będę na miejscu.
Dość wcześnie jeszcze, obym nie spotkał żadnych spadów z poprzedniego dnia. Czego to oni nie przeżyli, ileż to przygód nie było ich udziałem, ilu wspaniałych prac nie wykonywali. Do barmana i do mnie – choć bardziej, powiedzmy sobie szczerze, do tego pierwszego, wszak ponoć on jak matka jest – permanentnym bajdurzeniem strzelają. Potrafią tak długo i namiętnie, nie do końca składnie, z dykcją też na bakier, ale z pewnością w głosie – to na pewno. Pewnością, że wszystkich naokoło te historie interesują. Bo dlaczego miałyby nie interesować Któż przecież nie chciałby słuchać o tym, jak to ja – wybitny spad z poprzedniego wieczora – przeleciałem w tym, oto w tym właśnie kiblu, tamtą barmankę, co to już u was nie pracuje, a w ogóle co z nią? A wiesz, ile razy kreskę w tej oto cudownej toalecie wciągałem?
A kiedy pracowałem w innej knajpie, to przyjechał ten a ten sławny artysta – i piłem z nim, i ćpałem, a innemu to nawet zrobiłem kompromitujące zdjęcie, jak się obściskiwał z kimś, z kim nie powinien był tego robić – to znaczy ze względów płciowych nie powinien – ech, szkoda, że wtedy Pudelka nie było, sprzedałbym. OK, idę do domu, mówi często wielki spad, jestem pijany, idę. I czeka na reakcję. A tej, jakoś tak na złość, nie ma. Nikt nie przerywa muzyki okrzykiem ani nawet nieśmiałą, cichą prośbą: zostań, ziom, dajże spokój, do domu będziesz szedł? Po co? W domu to ludzie umierają.
3
Nawet ładna pogoda dzisiaj. Ciepło. Nie znoszę zimy, kiedy musisz chodzić opatulony w te wszystkie rzeczy, a jak wejdziesz do knajpy, martwić się, czy jakiś debil ci kurtki nie ukradnie. Albo o to, czy nie zgubisz rękawiczek, szalika, parasola. No dobrze, taki parasol to nie tragedia, ale kurtka – wiadomka. A w moim przypadku problem to kwalifikowany, moja kurtała ma dla mnie wartość mocno sentymentalną. Nosiłem ją w czasach, gdy wszystko wokół mnie i we mnie, cały świat był czarny. Lub ewentualnie szary, jak ta kurtka właśnie. Jest nie tylko szara, ale i duża, o wiele za duża, typowa dla tych wszystkich mężczyzn, którzy w zimie, nie mam pojęcia dlaczego, bardzo chcą się zlać z rzeczywistością za oknem. Strojem, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Wiem, czemu ja kiedyś chciałem się zlać, ale dlaczego inni? Przecież chyba nie wszyscy oni są chorzy; nie może być aż tylu chorych facetów w tym kraju.
A latem wychodzisz sobie w samej koszuli, możesz się bez trudu po świecie przemieszczać, wejść do jednego miejsca, posiedzieć chwilkę, niekoniecznie nawet cokolwiek kupić po chwili pójść dalej. Żadnych garderobianych zmartwień, tym bardziej jeśli jak ja nosisz bojówki – wkładasz do jednej z kieszeni portfel, do drugiej książkę – i jazda. Właśnie tak jak teraz. Mam w kieszeni Samotnika, czytam go sobie czasami w różnych lokalach, sączę powolutku, delektując się, całkiem jak dobrym drinkiem albo lokalnym piwem. W tych tak zwanych kawiarnianych ogródkach czytam. Zazwyczaj.
Czasem tylko przeszkadzają mi kobiety perorujące o problemach ze swoimi partnerami. One wszystkie mają jakieś problemy, a jeśli nawet nie mają, to chyba muszą je za wszelką cenę odnaleźć. Ania problem ma, Kasia ma, Eliza ma, to ja też muszę. Bo jak to będzie wyglądało, jeżeli problemów z facetem mieć nie będę? W oczach koleżanek wyjdę na pozbawioną własnego zdania, tkwiącą w uległości dziewczynę. A nie na nowoczesną, wyzwoloną kobietę sukcesu. Oczywiście tego mi nie powiedzą, ale pewnie będą tak myśleć. Bo jakże w tym kraju można nie mieć kłopotów? Każdy powinien jakieś mieć, inaczej jest dziwny albo nawet gorzej: chory jakiś.
Kiedy tak słucham tych rozmów – nie żebym podsłuchiwał, ale te laski mówią tak głośno, że słychać je nawet kilka stolików dalej – to dziękuję losowi, że nie mam kobiety. Tym bardziej dziecka. Bo to chyba musi być dopiero kłopot. Wrzeszczy, nie daje spać, trzeba je co chwilę karmić, a poza tym opieka nad nim, wszystkie te ubranka, buciczki, pieluszki, odżywki – tyle hajsu na to idzie, na nic innego nie zostaje. A, no i niania oczywiście, też kosztuje.
4
Właśnie, to dobry pomysł. Skoczę na chwilkę do ogródka przy Meiselsa. Choć może być problem z miejscem, bo teraz akurat jest pora, kiedy ci wszyscy drobnomieszczanie chcą godnie rozpocząć weekend przy piwku. I wychodzą stadami po pracy na spotkania. Żeby zrelaksować się po ciężkim tygodniu zapierdalania przed komputerem.
Albo żeby omawiać projekty, strategie rozwoju firmy czy debatować o za niskich pensjach. A przy okazji wtrącić coś o tym, jakie to życie jest nieznośne i przejebane, bo nie wiadomo, czy w tym roku będzie ich stać na zagraniczny wyjazd, a poza tym nie mogą się zdecydować, dokąd tak właściwie chcieliby pojechać.
Bo w Chorwacji już z żoną byliśmy, ładny kraj, mówi przykładowo jeden z relaksujących się trzydziestolatków, w Egipcie również, ten hotel w Hurghadzie – może być, wprawdzie moja żona musiała się co chwilę odpędzać od miejscowych natrętów, no i klimatyzacja się w pokoju zepsuła, ale ogólnie daliśmy radę i było bardzo miło. Nawet pojechaliśmy na wycieczkę, żeby zobaczyć piramidy. I tego całego Sfinksa. Ale to już się nam mniej podobało – gorąco strasznie, piach, lepiej siedzieć przy basenie. Tunezja jakoś mnie nie interesuje, może więc Turcja? W Stambule podobno tanie piwo jest. Co sądzicie? Albo Chiny? Nie, na Chiny póki co nas chyba nie stać, bo lot drogi. Choć z drugiej strony w zeszłym roku byli tam moi znajomi i bardzo chwalili. Mówili, że ten ich mur jest rzeczywiście duży. Robi wrażenie. Ja byłam w Chinach dwa lata temu, włącza się do rozmowy blondi, ale mnie osobiście ten kraj nie przypadł do gustu. Sądzę, że jest przereklamowany. Hotel był bardzo średni, jedzenie również, w dodatku mąż od tych ich potraw dostał biegunki. Nie, wolę jednak Europę.
I mogą tak przez trzy godziny.
Marketingowcy, project managerzy, pracownicy telewizji i prawnicy najczęściej wybierają Kolory. Strategie, eventy, przetargi, flowy. Tuż obok Jaskini, a zupełnie inny klimat. Gdyby nie to, że znam tamtejszych barmanów, w ogóle bym się tam nie pojawiał. Mimo że do czytania tamto miejsce przecież zdecydowanie najlepsze. Się ściemni, to włączasz lampkę i masz jasno jak w domu, nie musisz wysilać wzroku przy świetle świeczki, wątłym jak skoczek narciarski.
Jak to możliwe, że w tylu knajpach stoją świeczki na każdym stoliku, a w żadnej z nich nigdy nie wybuchł pożar?
Kiedy pracowałem jako barman, często śnił mi się taki koszmar: stoję w mojej knajpie na zmianie, wszystko jest w najlepszym porządeczku, żadnych bójek ani nic podobnego – i nagle ktoś przewraca świeczkę. Stolik zaczyna się palić, potem krzesło, kolejne i tak dalej, szybko jara się cala knajpa, a ludzie w panice wybiegają tymi wąskimi schodami z piwnicy, spadają z tych schodów, tłoczą się do nich, ogień jest coraz bliżej i bliżej…
Teraz nie miewam już koszmarów, poza jednym. Zaczyna się od tego, że podchodzę do baru, a za nim stoi mój kumpel – we śnie jest nieokreślony, to znaczy twarz ma zamazaną jak czasem tych pseudoaktorów, co to grają w W–11 czy Detektywach role tak zwanego podwyższonego ryzyka (trupa, pedofila albo geja), ale wiem, tak podskórnie czuję, że to mój znajomy – mówię: cześć i że wódkę z colą chcę. Czekam. Barman najpierw musi pogadać ze swoją koleżanką z pracy, w końcu, po długim dosyć czasie, łaskawie przyrządza drinka i mi go podaje. Sto dwadzieścia, mówi. Że co?, pytam. Sto dwadzieścia złotych polskich. Jak to – za wódkę z colą? A powiedziałeś, jaką chcesz? Nie powiedziałeś. To nalałem ci najdroższą. Ej, stary, nie wygłupiaj się, mówię. A barman się śmieje. Rechocze wręcz. Patrzę po innych siedzących przy barze, szukając w nich poparcia, niech powiedzą, że tak nie można, że to wbrew wszelkim zasadom, wbrew jakiejkolwiek przyzwoitości, że tak się nie godzi, ale oni też się śmieją – i wtedy się budzę.
Budzę się, ale nie jestem zlany potem, jak na filmach. Chwilkę leżę, a potem włączam radio, żeby posłuchać jakieś badziewnej muzyki. Zresztą zazwyczaj tak wygląda mój ranek, znaczy południe. Potem patrzę w telewizor albo coś czytam. Kiedyś jeszcze chodziłem na boisko, żeby trochę porzucać, a gdy się przypałętały jakieś małolaty albo studenci – to i pograć z nimi; ale od jakiegoś czasu mi się nie chce. Dziś też mi się nie chciało, zresztą obudziłem się później niż zazwyczaj, bo wczoraj siedziałem w knajpie do szóstej. A nie, nawet dłużej, bo poszedłem jeszcze do Pierwszego Lokalu na Stolarskiej, na kanapkę i kontrolne piwko. A potem – taksą do domu.
5
No, mam dzisiaj chyba dobry dzień. W ogródku jest kilka wolnych stolików. Wybieram ten najmniejszy – niech przy większym siądą sobie korposzczury.
Trzy stoliki dalej trzy dziewczyny, niczego sobie. Dwie blondynki o ładnych buziach i brunetka o twarzy nieco mniej ładnej, ale za to z dużymi cyckami. Trzy stoliki, trzy kobiety, święta trójca, do trzech razy sztuka, raz, dwa, trzy – szukasz ty.
Ale nie chce mi się tam iść. Niechaj plotkują w spokoju. Ja sobie poczytam.
No i dupa. Musieli akurat siąść obok. Pieprzone małżeństwo emerytów. Napierdalają po niemiecku, tak że człowiek nie słyszy własnych myśli. Nie moglibyście być chociaż Angolami? Albo żabojadami ewentualnie? Ech, ten ich język, twardy, szorstki, nie znoszę go. Ciszej! Może pójść do nich? Niech się zamkną albo przynajmniej spuszczą o pół tonu. Ale oni nie. Dobra, nie ma sensu, bo i tak skończyło mi się piwo.
No i tak – pierwszy znajomy, kiedy idę znowu, spacerując po placu Nowym. Cześć, mówię, on podnosi głowę znad książki.
ześć. Pełne porozumienie, ale to by było na tyle, jeśli chodzi o rozmowę między nami, czas podążyć do Jaskini. Chyba żeby zaliczyć wcześniej Mechano? Tak kontrolnie – na jednego browca. Która godzina? Jeszcze prawie dwie do przyjścia Jacka. Mam nadzieję, że tym razem spotkania nie odwoła. Odkąd jest w stałym związku, często albo w ogóle nie ma czasu, albo w ostatniej chwili pisze, że jednak dziś nie dam rady, stary, sorki.
Tej barmanki nie znam, jakaś nowa. Mówi do mnie per pan. Lubię muzykę w Mechano, najczęściej puszczają klasykę. Teraz leci Hipisówka. Może być. Barmanka mówi, że studiuje judaistykę i że się jej te studia podobają. No i bardzo dobrze, coś oryginalnego przynajmniej, a nie ekonomia czy prawo. Ale niestety nie jest specjalnie ładna. Jestem jedynym gościem w środku. Przed knajpą, w miniogródku, siedzi trzech facetów po pięćdziesiątce. Kojarzę ich z widzenia, z jednym z nich nawet kiedyś rozmawiałem, ale najwyraźniej tego nie pamięta. Dość ciekawy człowiek. Żyd – tak à propos studiów pani barmanki – który musiał emigrować z Polski. Chyba najpierw do Izraela albo Hiszpanii, w każdym razie potem był żołnierzem w amerykańskiej armii. Stacjonował na Bałkanach. Pytałem go, czy kiedykolwiek kogoś zabił, ale nie chciał powiedzieć. A teraz wrócił do ojczyzny i się po Kazimierzu tuła.
SMS. No ładnie, odwołał.
[wieczorem]
1
Siedzą, jak zwykle zresztą, w tamtej loży, ci Jaskiniowcy cali. O, idzie ten jego kumpel, ten, co się chyba nazywa Bartek. A może Fidel? Nigdy nie wiem, który jest który.
Jest okazja, spróbuję. Jak tam, co słychać?, pytam tego Bartka czy Fidela. A dobrze, nie widać? odpowiada.
I się chichra.
Pajac pieprzony. A nie spytasz, fagasie, co ja tu robię? Jak mam na imię? Nie zaproponujesz, żebym się przysiadł? Nie, ty tylko potrafisz mnie dyplomatycznie spławić, jak bąka jakiegoś odgonić…
Masz szczęście, że jestem pacyfistą, że się przemocą brzydzę, bo już byś tych ząbków białych, wypielęgnowanych, już byś tych siekaczy przednich, kłów czy jak się one nazywają – już byś ich zaraz nie miał. Wyszlibyśmy na solo przed tę knajpę. I koniec z twoimi ząbkami byłby, z twoim towarzysko-przymilno-dyplomatycznym uśmieszkiem. Na środku placu Nowego bym ci zwyczajnie spuszczał wpierdol, a wkoło ludzie by chodzili i niektórzy z nich nawet może i przez chwilę trochę się na nas pogapili, ale nikt by dupy nie ruszył, żeby ci pomóc. Nikt nie wtrącił się w bijatykę na Floriańskiej, to i każdy miałby gdzieś dwóch kolesi trzaskających się po pyskach na środku Kazimierza.
Siedzą razem w tamtej loży. VIP-y pieprzone. Gestykulują żywo, spierają się na jakieś, zapewne bardzo istotne tematy. Co chwilę ktoś do nich podchodzi, wita się, siada. O, teraz ten główny kloszard Kazimierza. Zawsze są w centrum uwagi. Legendarni za życia.
A ja co? Ja siedzę sam. Nie ma przy mnie Jacka, nie ma żadnego z innych obecnych przyjaciół, którzy być może tak naprawdę przyjaciółmi nie są, a tylko kumplami do piwa. Czy na któregoś z nich dłoń do podania pomocną, serce do wsparcia chętne, portfel na pożyczkę otwarty – mógłbym liczyć?
Gdybym nagle utracił całkowicie nad tym wszystkim kontrolę, resztka paliwa, na którym lecę, by wyparowała, ostatni silnik by wysiadł?
Jeśli tak się stanie, gdy poddam się do reszty, kiedy przestanę myśleć (ta myśl mnie jeszcze trzyma), iż ten lot, lot na razie tylko lekko w dół – te powtarzane do całkowitego znudzenia pijackie rytuały, żeby nie wracać do tego, co było, żeby nic nie robić teraz, żeby ukryć strach przed jutrem; głupie gadki, by się za nimi jeszcze bardziej schować.
Nie do zrealizowania pomysły albo brak jakichkolwiek pomysłów; snute po pijaku wizje sukcesu, na trzeźwo wizje klęski; chodzenie tu i tam, tam i tu, do środka i na zewnątrz, po tym mieście, po tych Kulturalnych, Alchemiach, Singerach, Pauzach, Philo, Pięknych Psach.
Wpadnie na wernisaże i degustacje, by się za darmo napić; udawanie konesera sztuki, literatury, filmu, pozowanie na doświadczonego i znawcę ludzi, by laskę przelecieć; to niedocieranie do celu, to obchodzenie celu; przy pomocy pięknych słów usprawiedliwianie się: przed sobą, dziewczyną, przyjacielem, matką, ojcem, babcią; przepraszanie: za grzechy swoje i cudze, za błędy popełnione i wyimaginowane, przepraszanie za to, że się urodziłem, przepraszanie za to, że jeszcze nie umarłem; ta niemożność odkrycia swoich talentów albo wykorzystania już odkrytych; ta niemożność napisania cefałki, wysłania mejla, napisania telefonu; to wmawianie sobie, że przecież pracować nie muszę, że świetnie sobie radzę sam, że co tam, że mój przyjaciel Jacek mnie olewa, że nieważne, że nie mam laski, wielu przecież nie ma; ta niekończąca się historia niekończenia czegoś, co się zaczęło – że to jest tylko chwilowym urlopem, czy wtedy ktoś mi pomoże? Czy zostanę już na zawsze sam, jak teraz, w stolik tylko wpatrzony, z papierosem w dłoni… zamiast odwagi alkohol, zamiast karabinu fajka, zamiast pięści słowa, zamiast mięśni lektury…
…lektury, książki, knigi… Co mi po jakimś tam oczytaniu, skoro nawet studiów skończyć nie umiałem? A ponoć niegłupi jestem. Nauczyciele zawsze mówili, żem zdolny, że daleko zajdę. Olimpiady w szkole wygrywałem. Pracę maturalną z polskiego to mi do kuratorium posłali, bo na granicy wybitności była. Ciekawe, czy się w tym kuratorium kapnęli, że cytaty wymyślałem? Hehe. No może i w miarę zdolny, wszak trzy kierunki zaczynałem – i co? Faceta poznaje się po tym, jak kończy, podobno. Kto to powiedział? Eee, walić to, chyba to jaki polityk był. Co mi po oczytaniu, tej tak zwanej inteligencji ogólnej, skoro nie potrafię wpaść na prostą myśl – taką jak ten facet, ten Marcin – przecież on nawet nie nazywa się oryginalnie. Everyman taki z niego, zwyczajny koleś. Student filozofii, znaczy doktorant. Też, cholera, zapewne oczytany. I w moim mniej więcej wieku. Trzy dychy życia mi minęły – i co? Gdzie biegające wkoło mnie dzieciaki? Ze dwoje mógłbym już mieć. Gdzie żona, czuła i dobra? Gdzie samochód duży, rodziny? SUV-em jakimś za sto koła powinienem się po mieście poruszać, a nie MPK
Nawet z własnego mieszkania korzystać nie mogę, bo z czego bym żył? Zajebiste lokum mam przecież, w centrum, idealne, żeby tam zamieszkać z rodziną – duży przedpokój tam jest, dzieciaki miałyby gdzie biegać – a ja w wynajmowanym pokoju się gnieżdżę, z grzybem w kuchni w bonusie. Właśnie – muszę pogadać z tymi bubkami, żeby tego grzyba wyrugować. Co to jest? Jak to wygląda? Jak można mieszkać z takim syfem na ścianie? Rzygać się chce. Jak dziewczynę jakąkolwiek zaprosić? Tym idiotom jakoś ten pasożyt nie przeszkadza, pewnie sam będę musiał to zrobić, jak zwykle. Debile. Pierwszy – student AGH, taki stereotypowy studencina, w kraciastej koszuli zawsze, który nigdy chyba nie przeczytał żadnej książki. Tylko ciągle blanty jara, zajebiste, stary, spróbuj, mówi co kilka dni. Sam sobie spróbuj, ja już próbowałem. Nie raz jeden bynajmniej. I mi wystarczy. Miej sobie mózg jak sitko, ja pasuję. A drugi nie lepszy wcale. Haruje za marne grosze, jeszcze tę pracę przeżywa jak Zimoch finisz Kowalczyk; że wyczerpująca, że odpowiedzialna, co chwilę opowiada w kuchni – pod tym grzybem okropnym – jakby był kontrolerem na lotnisku co najmniej. Stefan – ty wpisujesz cyferki do kompa, osiem godzin bite z przerwą na lunch, którą musisz odrobić po szesnastej. Małpa by to dała radę robić, nie obrażając małp. No ale się musi chłopak pewnie dowartościować, bo on prawiczek chyba, na takiego mi wygląda. Taki niedorobiony, a pracę ma, a ja – czy zawsze będę rentierem?
Tak, to wszystko przez książki! Było mi czytać Hessego, Manna, Kafkę, Joyce’a – tego na⁸jbardziej z nich walniętego? Czy innych podobnych? Chciałem być jak Haller, jak Stefan Dedalus, jak Törless. Niepokoje wychowanka? Kogo obchodzą jakieś tam niepokoje? Pokoje obchodzą, owszem, jak najbardziej – trzy, cztery pokoje. Dwa w ostateczności. Na Zakrzówku, w tarasach Verona albo w innym magicznym, cudownym osiedlu strzeżonym, z bramą na pilota, monitoringiem, szybkim dostępem do sieci… I rodzice moi wspaniali – czy oni nie widzieli, że coś jest nie tak? Że ich synek niewłaściwe lektury połyka? Się infekuje od nastoletniego wieku introwertyzmem, dekadentyzmem, pesymizmem, ogólnym beznadzieizmem? Mogli mi dawać do czytania książki normalne, jakiegoś Sienkiewicza czy innego Prusa. O pracy pieprzonej u podstaw. Ale oni nie, zapomnieli najwyraźniej, zagonieni byli. Ha, no tak, przecież oni tych moich wspaniałych lektur nawet nie znali. Zakazane były za ich młodych czasów. No i w efekcie podstawy socjalizacji miałem już zrypane. A jak nie jesteś za pan brat ze społeczeństwem już na początku, to później trudno ci się w nie wpasować. Malowany ptak, a i owszem, żebyś wiedział, stary, malowany ptak z ciebie.
2
Cześć, Krzysiu. Cześć, Paulinko, co tu robisz? – i Paulinka już z buzią do Krzysia, już mu całuska w policzek sprzedaje, a on do swej koleżanki się promiennie uśmiecha, jakby mu już seksowanie obiecała. Bo ona całkiem niczego sobie, może troszkę za gruba, ale poza tym – jak najbardziej może być. Cześciują mi to co chwilę przy barze tacy, całują, przymilają się do siebie towarzysko, jedna z drugim, a czasem i jeden z drugim. Bo to przecież knajpa otwarta, nowoczesna, każdy może z każdym. A ja nie chcę! A ja chcę tylko z papierosem intymną więź utrzymywać, tylko z nim trwać w tym świecie, on moim jedynym kumplem i jedyną muzą, zawsze towarzystwa dotrzyma, pocieszy, kiedy mi smutno, kiedy się nawalę. Ludzi nie potrzebuję. Chamskich, oszukujących, majątek zbijających na wykorzystywaniu uczciwych. Och, papierosie! Tyle z tobą przeżyłem… Aha! Wtórny jestem, ktoś już kiedyś o tym zapodawał gadkę; znowu nie jestem pierwszy, znów jestem spóźniony, w tych myślach. Ale co mi tam. Mam prawo, kto mi zabroni? Z nikim nie będę się całusiował ani obściskiwał, ani tańczył, obmacując po cycuszkach. Ja zawsze będę sobie już tańczył sam, z fajeczką w dłoni, w rytm techenka jakiegoś albo transika. I luzik. Całuśnie
[rano]
no bo ja w wielu pracach pracowałem. Kiedyś na przykład robiłem w zakładach tytoniowych, na Hucie. Ale tam debile byli, naprawdę. Udawałem, że jestem po zawodówce, że mechanik jestem z zawodu, ściemniałem ostro. I nikt się nie kapnął, choć się kompletnie nie znam na silnikach, skrzyniach biegów i innych takich. Nawet prawa jazdy nie mam. No w każdym razie oni wszyscy myśleli, że debil ze mnie skończony. Jeden koleś studiował zaocznie – i się co chwilę tym przechwalał. Jak to u niego na tych studiach przejebane, że nie ma dnia wolnego, zapierdol ostry z nauką, mówił. Codziennie prawie o kolokwiach opowiadał. Najpierw przed nimi, że już w sobotę, że po pracy zero browarków z nami, wybaczcie, bo się uczyć musi. A po sobocie, jakie to przejebane było. Tylko ja rozumiałem, o czym mówi, socjologię chłopaczek studiował. Tylko ja wiedziałem, że ostro się przechwala, ale oczywiście zdziwienie udawałem, żeby mnie inni akceptowali. Że jestem jednym z nich. Raz się zapomniałem i mówię do kolesia obok przy taśmie, że ta robota monotonna jak cholera. A on się pyta: mono-co? Skąd ty takie słowo znasz. To ja się zmieszałem, ale na chwileczkę tylko, bo się opamiętałem dość szybko – i tłumaczę, że studenciak mi powiedział. Że to znaczy, iż ciągle taka sama, że nic się w niej nie zmienia nigdy. A on się mnie pyta, zdziwiony mocno, że co bym chciał – każda robota taka jest. A ile fajek się nakradłem! No pod tym względem to był raj. Teraz podobno już się nie da wynosić, bo uszczelnili te tak zwane procedury bezpieczeństwa, ale wtedy – ho, ho, codziennie jak nic ze dwadzieścia papierosów kitrałem. A oprócz tego mieliśmy oficjalnie bonusik, premię ileś tam paczek, nie pamiętam dokładnie ile, ale trochę tego było. Czasem opylałem znajomym po okazyjnej cenie. No to byłem lubiany – on ma tanie fajki, więc ziom spoko z niego jest. Wtedy jeszcze studiowałem
Ekonomię. Nie wiem, po jaką cholerę robiłem te studia, pewnie dla rodziców – żeby dali mi spokój. A i pieniążków trochę na studia dali. Bo oni nie wiedzieli, że haruję w tej fabryce. A co im miałem mówić? Po co? Żeby stracić te kilkaset złotych miesięcznie?
A jak byłem w liceum, och, dawne czasy, to w tartaku dorabiałem. Matka o mało co z tego powodu nie osiwiała, bo się wypadku bała. No, trochę racji miała. Muszę jej przyznać. Większość starszych pracowników, z doświadczeniem, to bez kilku palców była.
Takiego Cześka pamiętam, zapieprzał przy pile, że hej, ale kiedyś, pijanym będąc jeszcze po imieninach kumpla, które przeciągnęły się do szóstej rano, źle coś tam przyłożył i serdecznego i wskazującego stracił. O nim wiem, bo mi się trochę zwierzał. Inni nie, ale pewnie było z nimi podobnie. Na szczęście mnie się nic nie stało. Opatrzność nade mną czuwała, hehe.
A niedaleko stąd całkiem, na Miodowej, za skrzyżowaniem ze Starowiślną, to kiedyś złomowisko było. Tam też robiłem. W ogóle to ciekawe, jak tę pracę znalazłem. Wracam sobie pewnego dnia z Kazika do domu, ładna pogoda jest, siódma jakoś rano, nawalony nieco – no, wiadomo – i w miłym nastroju, bo wtedy ogólnie byłem w dobrym nastroju, gdyż od kilku tygodni dziewczynę miałem – a fajna była to laska, ech, prześwietnie lodzika robiła; no ale potem się skończyło, nawet bez wielkich spięć – w każdym razie idę sobie, słuchawki na uszach, coś tam podśpiewuję i wpadam na kolesia. Typowego menela. Brudny, długie, przetłuszczone włosy, po czterdziestce. On z mordą do mnie wyskakuje, ja nic oczywiście nie słyszę. No to ściągam słuchawki. I słyszę, żebym uważał, jak idę, bo wpadłem na niego, a on sobie tego bynajmniej nie życzy. Znaczy innymi słowami to powiedział, ale o to chodziło. Sorki, mówię, nie zauważyłem, chcesz fajkę? On że oczywiście, że nie odmówi (to też trochę inaczej powiedział). No i palimy, od słowa do słowa się okazało, że potrzebują pracownika. Się szefowi spodobałem i już następnego dnia rano do pracy się stawiłem. No i jazda! Od siódmej rano chlaliśmy – na początek flaszka, potem piwka. Jedno, drugie, trzecie, potem znowu flaszka – i tak w kółko. A przy tym kupę kasy zarabialiśmy, minimum sto pięćdziesiąt złotych dziennie, często grubo więcej. A jak kantowaliśmy naiwniaków. Co chwilę. Ktoś przynosi brąz, a ja mówię mu, że to miedź, bo oczywiście ona tańsza w skupie. Czy na odwrót, nie pamiętam dokładnie. Albo że to, co przyniosłeś, facet, to żadne złoto nie jest, co z tego, że babcia tak mówiła? Jak mi nie wierzysz, to idź do jubilera, on ci prawdę powie. Oczywiście wiedzieliśmy, że nie pójdzie, że będzie obciach. Ech, jak wielu boi się, że gdzieś wstydu sobie narobią. I to ich hamuje. Ale mniejsza z tym. W każdym razie zysk z oszukańczej transakcji oczywiście do kieszeni. Tyle że niewiele z tej kasy zostawało, bo większość jej szła na chlanie i fajki. Ech, jakie tam skarby czasem ludzie przynosili.
Książki z osiemnastego wieku z ozdobnymi okuciami, drogocenne cukierniczki, sztućce, a nawet pistolet z 1907 roku (sprawdziłem w katalogu) – i to wszystko na złom. W tym mieście jest multum ludzi, którzy nie mają pojęcia, jakie skarby trzymają na strychu czy w piwnicy. No a raz to nawet mój znajomy się pojawił. Syn profesora zacnego. Nie powiem, którego dokładnie, bo już dawno się przekonałem, jakie to miasto jest małe. Koleś był akurat w okresie ostrego chlania i żeby mieć na nie, rodowe pamiątki wynosił i sprzedawał. Poznał mnie, zrobiło mu się głupio, ale powiedziałem mu, że ja nikomu ani słowa, więc się trochę uspokoił. Nawet flaszkę wypił z nami…
– …że co? Że nie chce ci się już słuchać moich wynurzeń? Że niby pijany jestem i mi nie sprzedasz kolejnego browca? Z takim tekstem ty do mnie? Do mnie, stałego bywalca? A wiesz w ogóle, kto ja jestem? Ile tu kasy zostawiam? Jakby ta cała Jaskinia Filozofów funkcjonowała, gdyby nie ja? Co z tego, że już piętnasta? Z czym ty do mnie? Przekimałem się kilka godzin przy stoliku – i mogę jeszcze pić i pić. Bawić się na całego. Idź do domu, mi mówisz. Co za głupia suka z ciebie. ■


.jpeg)
.jpeg)
.jpeg)

.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz