Małgorzata Żebrowska - Jej imię K.


 Przyjechała do naszego miasta pod koniec maja. Pamiętam dobrze, bo dwa dni później miały być moje urodziny i zastanawiałam się, czy powinnam ją zaprosić, skoro jej prawie nie znałam. Pierwszy raz zobaczyłam ją we wtorek, wpadła spóźniona na matmę. Mieliśmy wtedy na popołudnie. 


Obserwowałam Myślińskiego, który w skupieniu układał martwe muchy na czystych kartkach i dorysowywał wokół nich scenki rodzajowe, wysuwając czubek języka. Próbuję sobie przypomnieć, czy się w nim kochałam. Mogło tak być, lecz późniejsze wypadki zatarły wspomnienia. 

Większość klasy chciała siłą woli przesunąć wskazówki zegara, wiszącego tuż nad tablicą.


Został zaledwie kwadrans do końca lekcji i długiej przerwy, podczas której wypuszczali nas na dziedziniec niczym więźniów na spacerniak, lecz minuty jakby zwolniły, a monotonny głos Kwiatkowskiej usypiał nas jak seanse Kaszpirowskiego. 


Właśnie w tym momencie szczytowego marazmu rozległo się pukanie, a zaraz po nim weszła ona, bez czekania na pozwolenie. Nareszcie coś się działo. Wszyscy z zaciekawieniem odwróciliśmy się w stronę drzwi. Karima burknęła coś w stylu „dzień dobry” i poszła prosto do biurka Kwiatkowskiej, przez środek klasy. Mogliśmy ją sobie całą obejrzeć, z każdej strony, jak modelkę na wybiegu. Miała na sobie jaskrawoniebieski top, trochę przykrótki. Pomyślałam sobie, że Kwiatkowska na pewno jej zwróci uwagę. 

Takie ciuchy mogłyśmy nosić tylko po szkole. Markowe dżinsy, które opinały jej wypukłą, idealną pupę nie umknęły uwadze żadnej z dziewczyn. Czasami udawało nam się zdobyć coś tak pięknego jedynie w szmateksie, jednak nigdy nie trafiałyśmy z rozmiarówką. Jej gęste, czarne, kręcone włosy otaczały szczupłą twarz niczym lśniąca, wibrująca chmura. Podkreślały ciemną skórę. 

Karima stanęła obok Kwiatkowskiej, coś jej tłumaczyła, pochylając się w kierunku siedzącej nauczycielki. W klasie zrobił się szum, więc nic nie słyszałam. Widziałam tylko, że Kwiatkowska
kiwnęła kilka razy głową potakująco i wskazała miejsce dziewczynie – miała usiąść w czwartej ławce, obok śmierdzącego Szymona, z którym nikt nigdy nie chciał siedzieć, choć chętnie ściągaliśmy od niego na sprawdzianach. 

– Kochani, proszę o ciszę, naprawdę! Pokażcie się nowej koleżance z jak najlepszej strony. 

„Nowa… ej, patrzcie, nowa, jakaś Afrykanka, prawdziwa murzynka…”, chłopaki mówiły teatralnym szeptem, dziewczyny chichotały. Karima usiadła i wyjęła piórnik, niezapisany zeszyt. Nie patrzyła na nikogo, uśmiechała się, odsłaniając równe, białe zęby. 
– Karina będzie z nami…
– Karima – poprawiła dziewczyna zachrypniętym głosem, przez który przebijał lęk. 
– Ach, tak tak, przepraszam, ktoś tu źle zapisał – Kwiatkowska zerknęła w swój notes. – Karima będzie z nami do końca ósmej klasy. Przyjechała z rodzicami…
– Z mamą – znów poprawiła Karima. Uśmiech ustąpił miejsca zakłopotaniu.
– Z mamą? Tata nie dojedzie? 
Dziewczyna pokręciła głową. 
– No więc Karima przyjechała z mamą z Warszawy i będzie z nami do końca podstawówki. Przywitajcie ją ładnie. 

Po klasie przebiegł szept podziwu i sensacji.


Do naszej mieściny zjechali państwo z Warszawy, a ta dziewczyna o śmiesznym imieniu i ciemnej skórze miała uczyć się akurat w naszej klasie! Czuliśmy się, jakbyśmy wygrali poloneza caro w „Kole Fortuny” albo trafili okrągłą sumkę w loterii „Miliardera”. 

Lato zapowiadało się ciekawie. Nie mieliśmy szans na wyjazd do wielkiego świata, za to wielki świat przybył do nas pod postacią egzotycznej dziewczyny z samej stolicy. 

Nie było mowy o kontynuowaniu lekcji. Kwiatkowska nam odpuściła. Mogliśmy zadawać Karimie różne pytania, ale nie pamiętam, o co dokładnie pytaliśmy. Chyba nie dowiedzieliśmy się niczego spektakularnego, a Karima okazała się całkiem zwyczajną dziewczyną.
Gdy zabrzmiał dzwonek, rzuciliśmy się do wyjścia. Słońce wołało i wygrało nawet z chwilowym zainteresowaniem czarną pięknością przybyłą ze stolicy. 

– Kamińska, pozwól na chwilę! – wychowawczyni cofnęła mnie, a ja musiałam powstrzymać jęk niezadowolenia. Za to przewróciłam oczami, pewna, że tego nie dostrzeże z drugiego końca klasy. 

– Tak, proszę pani? – przyjęłam pozę grzecznej uczennicy, jaka zawsze opłacała się w kontaktach z ciałem pedagogicznym.
– Zaopiekujesz się Karimą? Tobie najbardziej ufam, Dosiu. Reszta to jeszcze dzieciaki, ale ty dasz radę pomóc jej oswoić się z klasą.

– Ale proszę pani, ja chcę jeszcze się wyciągnąć z matmy… to znaczy z matematyki, żeby mieć pasek, nie wiem, czy dam radę wziąć to na siebie – zaprotestowałam słabo. Wiedziałam, że Kwiatkowska postawi na swoim i powierzy mi tę misję. 
– Bardzo niewiele brakuje ci do piątki. Dasz radę, co to dla ciebie. Jesteś gospodarzem klasy, to stanowisko zobowiązuje. 
Przełknęłam nerwowo ślinę. Miała rację. Stanowisko to prestiż, ale i odpowiedzialność, której powinnam sprostać. 
– Dobrze. Zrobię to. 
– Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć – Kwiatkowska uśmiechnęła się i ruchem ręki wskazała mi drzwi. Sama też wyszła z klasy. 

Powędrowałam na dziedziniec szkolny. Zrobiło się naprawdę gorąco. Dziewczyny wylegiwały się na głazach narzutowych jak jaszczurki. Tworzyły zamknięte kręgi, jakby z premedytacją nie patrząc w stronę Karimy. Chłopaki zgromadzili się z tyłu małego pustostanu, który kiedyś do czegoś służył. O ich obecności świadczył jedynie głośny rechot, przecinający od czasu do czasu powietrze i dym papierosowy, który wypełzał szerokimi wstęgami z boku budynku. 
Karima opierała się o budynek szkoły. Stała z założonymi rękami, niepewna, czy ma prawo przyłączyć się do którejś z dziewczęcych grupek.

Przyglądała się im, mrużąc oczy. Przygryzała wargę. Widać było, że chętnie znalazłaby się w zupełnie innym miejscu. Skojarzyłam sobie, że jest jak piękny, egzotyczny kwiat, który wyrwano z korzeniami, pozbawiwszy gleby i wody. Obserwowałam ją dłuższą chwilę, powoli się do niej zbliżając. Karima podniosła prawą nogę, oparła o ścianę budynku. Miała na stopach śnieżnobiałe trampki z czarnymi gwiazdami, takie jak nosiły dziewczyny z „Beverly Hills 90210”. Spojrzałam na moje cichobiegi, kupione okazyjnie na miejskim targowisku przy Drewnianej, zakurzone. Potarłam butami o łydki z głupią nadzieją, że choć trochę zetrę z nich brud. Zdecydowałam się podejść do dziewczyny, pamiętając o zobowiązaniu wobec Kwiatkowskiej, choć czułam się przy niej jak uboga krewna z prowincji.

– I jak ci się podoba w naszym mieście? – zadałam pewnie najgłupsze z możliwych pytań, gdy znalazłam się obok niej. Zanim odpowiedziała, włożyła palec w jedną ze sprężynek, które okalały jej głowę. Spojrzała gdzieś w przestrzeń ponad moją głową:
– Fajnie tu jest – odpowiedziała bez przekonania. Obie wiedziałyśmy, że kłamała. 
– Nie przejmuj się nimi – wskazałam lekkim uniesieniem podbródka dziewczyny siedzące na głazie, które zerkały na nas teraz z ciekawością. – Ja się tobą zajmę jako gospodarz klasy. Włos ci z głowy nie spadnie. 

– Dzięki – znów uśmiechnęła się swoim nieśmiałym uśmiechem. Jakie miała zęby! Nie mogłam wyjść z podziwu. Równe, lśniące jak perły. Na tle jej ciemnej skóry wręcz świeciły, wprawiając mnie w kolejne kompleksy. Nigdy takich nie będę miała, myślałam wówczas. Wydawałam krocie na pasty wybielające, bez rezultatu. Moja mama miała obsesję na tym punkcie, wciąż znosiła mi coraz to nowsze specyfiki z apteki. Niestety, koniec końców zęby pozostały żółte, a jedyną pociechą było to, że podobno żółte szkliwo łatwiej broni się przed bakteriami. 

Zadzwonił dzwonek na lekcje. Ulżyło mi, bo nie wiedziałam, o czym rozmawiać z Karimą. Wprawiała mnie w zakłopotanie. 
Następna była historia. Karima spytała, czy może usiąść obok mnie. Zgodziłam się chętnie i pogoniłam Tomka, który na początku roku ubłagał mnie, bym siedziała z nim w ławce. Zrobiłam to nie bez ulgi, bo znudziły mi się jego maślane oczy, a jego słaba pamięć do dat irytowała mnie.

Usiadła. Próbowała wtopić się w tłum, ale Sutkowski od razu ją zauważył:

– Cóż to za piękna czarna bogini do nas zawitała? Skąd jesteś, dziewczynko?
– Nazywam się Karima. Jestem z Warszawy – odpowiedziała Karima drżącym głosem.

– Na pewno z Warszawy? A nie z królestwa abisyńskiego?
– Skąd? – spytała skonfundowana. Mnie było głupio za starego zboczeńca, więc zainterweniowałam:
– Proszę pana, Karima jest Polką, a pan powinien być bardziej na czasie. W Warszawie to normalne, że ludzie się mieszają, nie to, co u nas na wsi. 

Klasa ryknęła śmiechem. Lubili jak dogadywałam Sutkowskiemu, a on miał do mnie słabość. Za mój udział w olimpiadach dostawał jakieś medale, nagrody. 

– Ty, ty, Kamińska, mądralo ty! Przypilnuj czasem ten niewyparzony język. Przejdźmy do tematu lekcji…

Gdy rozległ się dzwonek, obwieszczający koniec lekcji, wystrzeliliśmy z klasy jak strumień coli eksplodujący ze wstrząśniętej butelki. Karima wyszła ostatnia. Kątem oka widziałam, jak próbowała zbliżyć się do którejś z grupek dziewczyn. Przerwałam Kaśce, z którą zwykle wracałam do domu, jej monolog na temat głupiej matki i zwróciłam się do Karimy:

– Gdzie mieszkasz? Możemy cię kawałek odprowadzić. 
– Na Grota-Roweckiego, to podobno osiedle wojskowe.
– Serio? To tam, gdzie ja i Kaśka. 

– Fajnie. Nie przeszkadzajcie sobie, trafię do domu – zapewniła, choć widziałam, że miała ochotę się do nas zbliżyć. Do kogokolwiek.
– Nie, no co ty, chodź z nami. Pokażemy ci fajny skrót. 

Przeszłyśmy przez chaszcze za szkołą, potem w dół nasypu kolejowego. Spojrzałyśmy w prawo, w lewo, znów w prawo. Pociąg jeździł tam co godzinę, ale liczne przesunięcia w rozkładzie powodowały, że można się go było spodziewać w każdej chwili. 

– Dziewczyny, to niebezpieczne, tak łazić po torach – stwierdziła Karima. 
– No co ty, to nieczynna linia – Kaśka puściła do mnie oko. 

Wdrapałyśmy się na drugą stronę nasypu. Potem przeszłyśmy kawałek żwirówką i w ciągu dziesięciu minut byłyśmy na osiedlu. 

– Rzeczywiście, dużo krócej niż przez Zieloną – przyznała Karima. 
– Pewnie w Warszawie miałaś dalej do szkoły? – Kaśka spojrzała na nią z zaciekawieniem. Nie udawała już obojętnej, jak wcześniej. Poza szkołą obowiązywały inne zasady.
– Miałam kwadrans do przystanku, potem tramwaj…
– A dlaczego właściwie się wyprowadziłaś? – przerwała jej Kaśka.

– Mama tu dostała pracę – Karima patrzyła nerwowo na okna mieszkania na parterze. Zadrgała firanka, zza której ukazała się twarz.
– Słuchajcie, muszę lecieć. Do jutra! – Karima pospiesznie się pożegnała i zniknęła w klatce numer trzy. 

– Dziwna jakaś, nie? – Kaśka nie omieszkała skomentować. 
– No nie wiem, to my trochę dzikusy jesteśmy. Sutkowski, jaki to burak, nie?
– Trochę tak. Ale przynajmniej coś się dzieje. Dobra, spadam na chatę, pa! – Kaśka nie lubiła dzielić włosa na czworo. Dlatego była całkiem dobrą kumpelą. 
– Pa, do jutra!

Wróciłam do domu, zjadłam obiad, który mama przyniosła z kantyny wojskowej. Odrobiłam lekcje i zaczęłam czytać „Wichrowe wzgórza”, ale trudno było mi skupić się na lekturze. 

– Mamo, masz chwilkę? – zagadnęłam. Mama przerwała oglądanie „Mody na sukces”. Ten głupawy serial pozwalał jej zrelaksować się po pracy w przychodni, tak zawsze wyjaśniała, na wypadek, gdyby ktoś posądził ją o prymitywny gust. 
– No jasne, czekaj, ściszę trochę – chwyciła pilota. Usiadłam naprzeciwko niej na fotelu. 

– Wiesz, mamy nową w klasie. I ona ma inny kolor skóry, jest mulatką. I wszyscy się zachowują dziwnie, a ja mam się nią zajmować. Kwiatkowska mnie wybrała.
– To chyba dobrze, że właśnie ciebie, prawda? Doskonale wiesz, że kolor skóry o niczym nie przesądza i nawet czarnoskórzy mogą być inteligentni. 
– No jasne, ale wiesz, to będzie trudne jej tak bronić cały czas. Dziś Sutkowski coś głupiego powiedział i pewnie takich wyskoków będzie więcej. 
– Wychowaliśmy cię na mądrą, tolerancyjną dziewczynkę. Poradzisz sobie, jestem pewna – mama była już myślami gdzie indziej. Przeglądała „Twój Styl”, a ja czułam, że nie chce dłużej rozmawiać. Wyczerpały jej się słowa po przyjęciu kilkudziesięciu pacjentów tamtego dnia. To nie był dobry moment na rozmowę ze mną. Chyba nigdy nie było dobrego momentu. Wróciłam do czytania. 

Tamtego dnia zasnęłam pełna niepewności, ale i ekscytacji. Kim była Karima, co robiła w naszej dziurze? Co ją tu sprowadziło? Od tego zastanawiania się przyśniła mi się afrykańska sawanna i królowa o twarzy Karimy, płynąca przez wysoką trawę na grzbiecie słonia. 

Potem codziennie wracałyśmy we trójkę, Kaśka, Karima i ja. Karima mówiła mało, choć coraz śmielej zadawała pytania. 

Jakby spadła z Księżyca – gdzie można chodzić u nas na pianino, gdzie uczyć się fotografii… Nie chciało jej się wierzyć, że pianino jest jedno w całym mieście, stare i rozstrojone, w miejskim domu kultury. I że dostępu do niego broni kierownik, do którego lepiej nie podchodzić, jeśli ma się wrażliwy węch. Pan Wiesław z daleka śmierdział wódką. I nie lubił dziewczyn, podobno na lekcjach bił je po rękach, tak mówiła Anka z ósmej A. Karima kręciła głową w zdziwieniu, lecz nigdy nie dała nam odczuć, jakie z nas prowincjuszki. Czasem między zdaniami wychodziło, że w tej Warszawie miała i basen, i grę na pianinie, i kółko fotograficzne. Ale teraz mieszkała tutaj, w naszym mieście zabitym dechami, tuż obok granicy z Rosją. 

Z czasem zbliżyłyśmy się do siebie, Karima i ja. Gdy Kaśka marudziła, że znów Piotrek zerkał znacząco w kierunku Karoliny, wymieniałyśmy porozumiewawcze spojrzenia:
– Dziewczyny, to nie jest normalne. Widziałam jak się do niej ślinił, gdy wyszła z wuefu. Wiecie, spocona taka. Gapił się na jej cycki, przysięgam. 
– Przesadzasz, przecież stałam obok was i widziałam, że nie mógł oderwać od ciebie wzroku. 
– I nie tylko wzroku – dodała Karima. 
– No, macał mnie, wiadomo, ale serio gapił się na nią – Kaśka nie dała za wygraną. 

– Ech, nie przekonamy jej, Karima, daj spokój – zrezygnowałam, bo odkąd w marcu zaczęli ze sobą chodzić, Kaśkę wciąż dopadał zielonooki potwór zazdrości. 
– Skoro tak wolisz myśleć… – Karima zrozumiała, że to, o czym mówiła Kaśka, dzieje się w jej wyobraźni. Wzruszyłyśmy ramionami. Zapadła niezręczna cisza. 

– Przepraszam was, kobiety, ale chyba muszę zadbać o swój związek. Od jutra wracam z budy z Piotrkiem. To postanowione – Kaśka na potwierdzenie tych słów kopnęła spory kamień, jakich pełno było na żwirowym odcinku drogi pomiędzy nasypem a naszym osiedlem.

– Auuu! – krzyknęła. – Jebany gruz!
Następnego dnia patrzyłyśmy, jak szli za rękę. Piotrek ze spuszczoną głową, bo wstyd było mu przed chłopakami, Kaśka – trzymając go kurczowo i patrząc z dumą na wyimaginowane rywalki. Dotrwali tak na pewno do wakacji, a potem nie pamiętam, kiedy to się rozpadło. 

Karima i ja miałyśmy więcej czasu na rozmowy o książkach. Też lubiła dziwne powieści i zaczytywała się w siostrach Brontë. Pierwszy raz ktoś odbierał lekturę jak ja. Znaleźć bratnią duszę – najsilniejsze z przeżyć. 


Gdy zaczęły się wakacje, ucieszyłam się, że Kaśka jechała na obóz jeździecki. Nie musiałam wypełniać obowiązków najlepszej przyjaciółki. Mogłam całą uwagę przenieść na Karimę, moją afrykańską królową. 

Leżałyśmy na łące upstrzonej łubinem, tej na końcu osiedla, a zarazem miasta. Nad nami latały otyłe bąki, znad rzeki chmarami nadciągały ważki. Słodki zapach kwiatów mieszał się z zapachem perfum Masumi, które Karima podkradała matce. Uplotłyśmy sobie wcześniej bransoletki przyjaźni. Zaplecioną muliną wymieniłyśmy się jak obrączkami - zawiązałyśmy bransoletki na nadgarstkach i uroczyście przysięgłyśmy, że nie zdejmiemy ich, dopóki będzie trwała nasza przyjaźń. Czyli do końca naszych dni. 

Nie pamiętam, czy wtedy w ogóle bywałam w moim domu. Rodzice byli zajęci dyżurami, jak zwykle pytali mnie wieczorem, czy wszystko w porządku i na tym kończyła się ich piecza. W porządku? W jak najlepszym. Codziennie siedziałam u Karimy albo opalałam się na łące. Oglądałyśmy filmy na kasetach VHS, „Kwiaty na poddaszu” aż do zdarcia taśmy. Mama Karimy smażyła nam pączki serowe i robiła koktajle owocowe. Chodziłyśmy nad rzekę, by nabrać zdrowej, złotej opalenizny i szpanować nią w klasie. Robiłyśmy same przyjemne rzeczy. Było nam dobrze. 


Leżałyśmy raz na żelaznym moście, który od dawna groził zawaleniem, a dziury na zardzewiałej konstrukcji były tak duże, że trzeba było nie lada ostrożności, by nie wpaść wprost w ramiona rwącej rzeki. Z obu tych względów dzieciaki w naszym wieku uwielbiały tam chodzić. Spoczywałyśmy na ręczniku, machałyśmy nogami, które swobodnie wisiały w powietrzu. 

– Jak myślisz, czy Kaśka wytrzyma tak długie rozstanie z Piotrusiem? – zagadnęła Karima. 
– Nie mam pojęcia. Bez całowania? Tyle czasu? To do niej niepodobne. Wiesz, kiedy pierwszy raz to robiła? 
– Kiedy? – Karima nachyliła się nade mną z zainteresowaniem.
– Podobno w szóstej klasie. Przy całym autokarze ludzi! – chętnie podzieliłam się sensacyjną wiadomością. 
– Niemożliwe – oczy Karimy rozszerzyły się. – Chcesz? – Nagle nad moimi ustami zalśniła dojrzała czereśnia. 
– No pewnie – powiedziałam, otworzyłam usta. Za chwilę zmiażdżyłam soczystą słodycz. Podniosłam się, wyplułam pestkę wprost do rzeki. 
– A ty? Całowałaś się już? – spytała. Zaczerwieniłam się. 
– Tak na serio… to nie – przyznałam. 
– A chcesz spróbować? – Karima uśmiechnęła się figlarnie i przechyliła głowę. Spytała tak naturalnie, z takim wdziękiem, że w ogóle się nie zdziwiłam.

– To może… – powiedziała i zbliżyła swoją twarz do mojej. Chwilę później czułam już pełnię jej warg i język, delikatny jak płatek róży, miękki jak szczenięca skóra, czuły jak dotyk matki. Czułam słodycz czereśni i prąd przeszył moje ciało, po raz pierwszy rozniecając ogień w miejscach, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Chciałam tego, chciałam jeszcze, chciałam bardzo, długo. 

Chwilę potem usłyszałyśmy głośny śmiech. Zerwałyśmy się na równe nogi. Okryłyśmy nasze półnagie ciała, osłonięte jedynie bikini, ręcznikami. Kręciło mi się w głowie – od słońca, od nadmiaru wrażeń. Oszołomiona, dopiero po chwili dostrzegłam bandę Siwego, która weszła właśnie na most. Nieśli wiadra i wędki, na nogach mieli kalosze. 

– Chłopaki, widzieliście? Nie dość, że bambus, to jeszcze lesba! – Siwy rechotał, a jego śmiech przeszywał mnie jak sztylet. 
– Siwy, zamknij się, gnojku, bo powiem dyrce i trzeci raz będziesz kiblował! – zraniona, kąsałam. 
– Ty, kujon, weź ty się ogarnij, a nie lesbijstwo uprawiasz – chudy Patryk wiedział, że Siwego nie będzie stać na ciętą ripostę. 
– Chodź, Dosiu, idziemy, nic tu po nas – szepnęła Karima. Zdążyła zwinąć nasze ręczniki. Resztkę czereśni ścisnęła bezwiednie w ręce. Z torebki wyciekał sok, znacząc krwawo żelazny most. 


„Lesby, zboczone, chłopa wam trzeba” – ciągnęło się za nami. Potem te słowa długo we mnie huczały i nie dały się zapomnieć w ciemną noc, którą spędziłam bezsennie, z głową ukrytą pod poduszką. 

Następnego dnia nie poszłam do Karimy. Siedziałam w domu, oglądałam teledyski na MTV. Jadłam bułki pszenne, jak zawsze, gdy było mi źle. Wzdychałam. Wiedziałam, że z tego problemu nie zwierzę się mamie. Bałam się. Czy byłam lesbijką? Ilekroć przypominałam sobie czereśniowy pocałunek, przeszywał mnie dreszcz. I zalewały wyrzuty sumienia, bo przecież bycie lesbijką to grzech i nieprzyzwoitość. Takie rzeczy, owszem, podobno działy się w Warszawie, gdzieś w zachodniej Europie też. Ale nie w naszej mieścinie. Czy to się da leczyć? Podniosłam słuchawkę telefonu, zamierzałam zadzwonić jednak do mamy, do przychodni, zanim głowa eksploduje od dręczących myśli. 

W tym momencie rozległ się sygnał domofonu. Oby to nie był Siwy, nie wytrzymałabym kolejnego upokorzenia. W słuchawce usłyszałam głos Karimy. 

– Nie przyszłaś dziś do mnie – powiedziała bez wyrzutu, stwierdzając fakt. 
– Tak… tak jakoś wyszło – nie miałam siły na wymyślenie tłumaczenia. 

– Czekałam na ciebie – Karima pociągnęła nosem. Płakała? 
– No… tak wyszło. – Powinnam przeprosić? 
– Mogę wejść? – Chyba głos jej drżał, a może tylko mi się wydawało.
– Nie bardzo. – Niech ta rozmowa się skończy.
– To cześć!
– Cześć. 

Odłożyłam słuchawkę. Poszłam do kuchni, nastawiłam czajnik. Zalałam wrzątkiem czekoladę w proszku. Piłam gorącą słodycz przy dźwiękach Worlds Apart. Płakałam, a może tylko tak to pamiętam. 

Przez kolejne dwa tygodnie unikałam Karimy. Na szczęście Kaśka wróciła z wakacji, miałam dobry powód – najlepszą przyjaciółkę na miejscu, w mieście. Zastępczyni nie była mi potrzebna do snucia się po roztopionym asfalcie ulic, do wysiadywania pod klatką. Afrykańska królowa została zdetronizowana. Kilka razy nas zagadnęła, gdy usilnie starałam się sprawiać wrażenie zatopionej w rozmowie o wszystkich chłopakach Kaśki. Zbywałam ją, tak jak wtedy potrafiłam – z bezwględnym i bezmyślnym okrucieństwem. 

Przyszedł wrzesień. Byłam pewna, że to, co stało się latem, pozostanie tajemnicą. Że chłopcy zapomnieli, a Siwy wystraszył się mojej mocy wpływania na ciało pedagogiczne. Rzeczywiście, pierwsze dni upłynęły bez wielkich wstrząsów. 

Nauczyciele, jak to oni, straszyli egzaminami, dziewczyny porównywały, której jak bardzo urósł biust, a chłopaki jak zwykle zachowywali się jak gówniarze. 

Pod koniec tygodnia Karima zbiegała ze schodów z naszego piętra, gdy Siwy akurat na nie wbiegał. Zderzyli się. Karima upadła tak nieszczęśliwie, że rozbiła sobie nos. Akurat byłam tuż obok, pomogłam jej wstać. Siwy był wściekły, bo groziło mu usunięcie ze szkoły przy najdrobniejszym incydencie. 

– Lesby, uważajcie, jak chodzicie! – wydarł się na cały głos. Świadkowie zajścia patrzyli na nas. Słyszałam śmiechy i chichoty, niektóre ukradkowe, inne całkiem wyraźne. Podeszła do nas Kaśka i uratowała sytuację, biorąc Karimę pod drugą rękę. 
– Jak chodzisz, debilu, patrz, co zrobiłeś – spojrzała na Siwego i splunęła pod nogi. Na nią zawsze można było liczyć w sytuacjach podbramkowych. 

Zaprowadziłyśmy Karimę do gabinetu pielęgniarki. Natychmiast wyszłam, pod pretekstem sprawdzianu z polskiego. Kaśka spytała Karimę, czy sobie poradzi. Poradzi sobie, zapewniła. 
Raz rozlanego mleka nie dało się zebrać. Po weekendzie cała szkoła huczała od plotek. Siwy zachował zdrowy rozsądek i ograniczył mój udział w letnim incydencie. 

W opowieściach przekazywanych z ust do ust, których czujnie nadsłuchiwałam, jedząc drugie śniadanie w damskiej toalecie, Karima całowała się – i nie tylko – z tajemniczą nieznajomą. Piekły mnie policzki, fala gorąca rozlewała się po ciele. Nie wypowiadałam się, spytana o opinię na temat zajścia. 

– Dośka, przecież chodziłaś do niej do domu, nie zauważyłaś, że jest dziwna? A ta jej amantka, nie kręciła się gdzieś obok? 
– Dorośnijcie w końcu, błagam. Potem będzie płacz na egzaminach, a ja wam nie dam ściągnąć w tych waszych technikach budowlanych – przewracałam oczami, próbując odwrócić uwagę od sprawy. 

Było coraz gorzej. Ktoś napluł Karimie na plecak. Po plastyce wyszła z klasy z literką „L” na plecach. Chłopaki otoczyli ją ciasnym kręgiem i popychali, jeden do drugiego, jak szmacianą lalkę. Skandowali: „lesba, lesba”, a co mniej pewne siebie dziewczyny chichotały, by im się przypodobać. Karima nic nie mówiła. Nie patrzyła na mnie, na nikogo. Nie broniła się. Wydawała mi się żałosna i tchórzliwa.

– Zrób coś, idź do Kwiatkowskiej, przecież to twoja koleżanka – Kaśka poprosiła mnie o interwencję. 
– Nie koleżanka, tylko podopieczna. Zapomniałaś? Kwiatkowska kazała mi się nią zająć – potrząsnęłam głową. Odwróciłam wzrok od afery. 


– To tym bardziej. – Kaśka nie dawała za wygraną. 
– Sama idź. Zaraz będzie koniec przerwy i tylko się wygłupię. 
– Jak uważasz. Ale strasznie słabe to jest – skomentowała Kaśka. Nie śmiałam dopytać, co takiego: zachowanie tych gówniarzy czy mój brak reakcji.

Przed lekcją zdołałam rozplątać bransoletkę przyjaźni. Wyrzuciłam ją do kosza. Gdy zaczęła się technika, Karima podeszła do kubła, by zatemperować ołówek i od razu pozbyć się wiórek. Kosz był pusty, na jego dnie widać było tylko moją bransoletkę. Na pewno ją zauważyła. Stała tyłem do klasy. Serce mi waliło, kręciło mi się w głowie, gdy czekałam na jej reakcję. Widziałam, że podniosła rękę do twarzy. Wycierała łzy? Po dłuższej chwili odwróciła się. Twarz miała suchą. Martwe spojrzenie. 

We wtorek nie przyszła do szkoły. I w środę. W czwartek i piątek też jej nie było. 

– Proszę pani, co się dzieje z Karimą? – zebrałam całą swoją odwagę, by spytać Kwiatkowską. 
– Chora jest – odpowiedziała machinalnie, nie podnosząc wzroku znad dziennika. 


– A na co? – dociekałam. 
– A to nie twoja sprawa, Dosiu. Rób dla niej notatki, przydadzą się, gdy wróci. 
Kwiatkowska uznała rozmowę za zakończoną. Zamknęła dziennik. 
– No już, wyskakuj na przerwę, chcę klasę przewietrzyć. 

Wyszłam niepocieszona. Karima nie wracała przez kolejny miesiąc. Mnie wciąż bolał brzuch jak na miesiączkę. Nie mogłam w nocy spać, a gdy zasnęłam, śniły mi się koszmary. Podsłuchałam rodziców, martwili się, że jestem zakochana. Gdyby to było to! Wiedziałam, że to żadne zakochanie, to gigantyczne, oślizgłe wyrzuty sumienia, jak beznogie jaszczurki, oplotły mi serce. 

Na początku października czekałam na pustym korytarzu na kółko biologiczne. Było już po piętnastej, reszta dzieciaków dawno skończyła lekcje. Siedziałam na parapecie i czytałam Siesicką. Do pokoju nauczycielskiego weszła matka Karimy. Nie zauważyła mnie. Wyglądała jakby trochę starzej, chyba posiwiała, a może po prostu nie ufarbowała włosów. Na pewno była szczuplejsza niż latem. 

Kolejne piętnaście minut ciągnęło się gorzej niż na lekcji fizyki. Nareszcie wyszła. Zeskoczyłam z parapetu i podbiegłam do niej. 


– Proszę pani! Jak się czuje Karima, co jej jest? – spytałam zaaferowana. Zdyszałam się jak po ciężkim treningu u naszej bezlitosnej wuefistki. 
– Nie martw się, dziecko – pocieszyła mnie, choć jej wzrok i ton głosu świadczyły, że istotnie było się czym martwić. 
– Kiedy wróci do szkoły? – spytałam o to, co nie dawało mi spać. Znać odpowiedź, tu i teraz, to było moje największe marzenie. 
– Karima nie wróci – potrząsnęła głową. 
– Jak to? – jęknęłam. Nie wróci? Tak po prostu? Nie wróci… nie… rozchorowała się z powodu jednego głupiego żartu?
– Nie wróci. To nie twoja wina, Dosiu. Karima zawsze mówi, że byłaś dla niej ogromnym wsparciem. Dziękuję ci w jej imieniu.

Matka Karimy ścisnęła moją dłoń. Miała łzy w oczach. Chwilę później ciszę korytarza przeciął stukot jej wysokich obcasów, które wybiły pospieszny rytm na schodach. 

Nie mogłam się skupić na kółku biologicznym. Ani następnego dnia na lekcjach. W ciągu miesiąca straciłam status prymuski. Nigdy w życiu go nie odzyskałam. 
Śni mi się czasem. Moja afrykańska królowa. 


Twarz ma coraz starszą, coraz więcej zmarszczek. Widzę głębokie wąwozy wyżłobione łzami, które biegną od oczodołów do brody. Widzę jej czereśniowe usta, wyschnięte jak pustynna róża. Widzę jej oczy, martwe jak u padłej lwicy. Patrzy na mnie z bezzębnym uśmiechem. Budzę się drżąca. 
                                                                                      ■


Komentarze

Popularne posty